Plan B

Wstałem dziś rano (tak o 13, niech żyją nocne zmiany) i przypomniałem sobie, że dziś jest dzień na aktu. Niestety, nie miałem pomysłu, jaką opowieścią Was dziś uraczyć, więc poszedłem na spacer w poszukiwaniu inspiracji. Niczego nie znalazłem. Dlatego pora wdrożyć Plan B! Jest to pierwsza aktu w nowym roku, więc zrobimy sobie super interesujące podsumowanie roku minionego! Jeej!

No więc, pod względem skanlacyjnym poprzedni rok był całkiem udany. Wystartowaliśmy z własną stroną, na której ukazało się (o ile dobrze liczę) 25 aktualek. Ile w nich rozdziałów wyszło, nie chce mi się liczyć. Przetrwaliśmy śmierć mangadexa i byliśmy na miejscu, gdy powstał on z popiołów. Pochowaliśmy co prawda dwóch Załogantów, ale na ich miejsce wskoczyło dwóch nowych, więc w gruncie rzeczy jesteśmy na zero xD. W sumie to nawet jesteśmy na plus, wszakże ja nauczyłem się jako tako edytować, dzięki czemu zyskaliśmy ekstra edytora. Dzięki temu od września utrzymujemy względnie sztywny grafik i wydajemy rozdziały w tempie 0.5 Zupy. Nasz discord pozostaje cudownie martwy, chociaż nawet tam zdarzają się wybuchy aktywności, jak chociażby podczas legendarnego, epickiego turnieju szachowego. Nie jest źle

Jeśli zaś chodzi o sprawy poza sferą mangozjebstwa to mogę mówić tylko za siebie, no i cóż, to był bardzo chujowy rok, pełen stresu, depresji, rozczarowań etc. etc. Wzlotów było niewiele, upadków całkiem sporo. W tym miejscu wypadałoby napisać, że w takim razie ten obecny może być już tylko lepszy, ale ja jestem stary (od niedawna już oficjalnie, mam na to papiery!) i niezbyt optymistycznie do życia nastawiony. Dlatego powiem, że grunt, by nie było jeszcze gorzej.

Nie będę Wam smęcił dalej, toteż nie przedłużając pora na dzisiejszą porcję rozdziałów:

Menhera 130-133: Reader MD
Czochrania 19: Reader MD

I tradycyjnie piosenka, w sumie nieźle miniony rok podsumowująca:

バイバイ!

Gdy życie rucha cię w dupsko, odnajdź spokój w tym, że innych rucha jeszcze mocniej

Nic tak mnie nie cieszy, jak cudze nieszczęście. Wiem wiem, to takie małostkowe, polaczkowe wręcz, ale cóż ja poradzę, taką mam naturę. Poza tym uważam, że dla własnego zdrowia psychicznego potrzebujemy wszyscy sobie od czasu do czasu przypomnieć, że nie tylko my mamy w życiu pod górkę. Dlatego też z tej jednej mojej przyjemności rezygnować nie zamierzam, lecz w ramach mojej resocjalizacji i powolnego wracania na łono społeczeństwa, staram się ograniczać radość z upadku żywych jeszcze (tudzież zmarłych niedawno, dajmy innym, mniej aspołecznym jednostkom czas na żałobę) i pocieszenia znajduję na kartach historii. Dlatego też dziś mam dla was opowieść o jednym z wyjątkowo pechowych okrętów brytyjskiej Royal Navy. Moi drodzy, oto krótka historia nieszczęśliwego życia krążownika pancernego HMS Defence

HMS Defence

Bohaterka naszej opowieści rozpoczęła swój żywot w Królewskiej Stoczni w Pembrocke Dock w Wali w 1905 r. jako jedna z sióstr należących do klasy Minotarur — ostatniej klasy brytyjskich krążowników pancernych. Zwodowana została 24 kwietnia 1907 r. i już od tego momentu zaczął się jej pech. Bo co prawda samo wodowanie odbyło się bez przygód, to jedenaście dni wcześniej stocznię opuściła rewolucyjna HMS Invincible — pierwsza z krążowników liniowych, a więc klasy okrętów zaprojektowanych w jednym celu — by odesłać krążowniki pancerne do lamusa. Defence ledwie musnęła morskie fale, a już była okrętem przestarzałym, kompletnie zdeklasowanym przez swoją prawie-rówieśniczkę, chociaż tego dnia jeszcze nikt oczywiście nie mógł tego do końca wiedzieć. Ostatecznie, po zakończeniu ostatnich prac na okręcie i odbyciu próbnego rejsu weszła do służby w lutym 1909 r., dołączając do Piątego Dywizjonu Krążowników Home Fleet.

Okres przed pierwszą wojną był dla niej względnie spokojnym i szczęśliwym czasem. Spędziwszy trochę czasu w różnych dywizjonach krążowników w Home Fleet, miała okazję zapoznać się z wodami okalającymi jej macierzystą wyspę, towarzyszyła samemu królowi Jerzemu V w drodze do Indii, gdzie miał zostać koronowany na nowego cesarza tego klejnotu w brytyjskiej koronie, mogła zasmakować też kultury orientu podczas swojego pobytu w Chinach, jak również odwiedzić kolebkę europejskiej cywilizacji, w czasie swojej służby we Flocie Śródziemnomorskiej. Tam musiała chyba nadepnąć Fortunie na odcisk, bo to właśnie tam zastała ją wojna, a od jej wybuchu pech zdawał się jej nie opuszczać.

Pierwszą wojenną operacją, w której Defence wzięła udział, był pościg za niemieckim krążownikiem liniowym SMS Goeben i lekkim krążownikiem SMS Breslau. Wojna zastała okręty Jego Cesarskiej Mości we Włoszech, które to w ostatniej chwili stwierdziły, że jednak nie lubią cesarza, i pozostają neutralne. Nie chcąc podzielić losu floty austro-węgierskiej, która została zablokowana na Adriatyku przez przeważające siły Francji i Wielkiej Brytanii, zdecydowano się na próbę ucieczki, a jako że powrót do ojczyzny był mało prawdopodobny, niemiecka flota obrała kurs na Istambuł. W pościg za nimi ruszyła eskadra składająca się z czterech krążowników pancernych: HMS Black Prince, HMS Duke of Edinburgh, HMS Warrior i naszej bohaterki HMS Defence oraz kilku niszczycieli. Brytyjczycy mieli co prawda przewagę liczebną, ale działa ich krążowników miały nikłą szansę, by sprostać pancerzowi Goebena, do tego Niemcy byli szybsi, więc mogli dyktować warunki starcia. Zważywszy na to dowodzący eskadrą admirał Ernest Troubridge zdecydował się przerwać pościg, tym bardziej że wcześniej otrzymał instrukcję od Pierwszego Lorda Admiralicji Winstona Churchilla, by nie wdawać się w walkę z przeważającym przeciwnikiem. I tak Cesarska flota dopięła swego. Goeben i Breslau dołączyły do floty tureckiej, a Turcja wkrótce potem dołączyła do państw centralnych. W Wielkiej Brytanii zaś całe to zajście okrzyknięto skandalem. Admirał Troubridge stanął przed sądem wojskowym pod zarzutem tchórzostwa, który co prawda ostatecznie oczyścił go z oskarżeń, niemniej jego kariera została przerwana, a on sam podpadł w niełaskę i nigdy już nie otrzymał dowodzenia nad żadną flotą.

SMS Goeben

Defence zaś jeszcze w tym samym roku otrzymała szansę na odkupienie. Admirał Graf von Spee i jego eskadra wschodnioazjatycka siały spustoszenie na Pacyfiku i planowały przedarcie się na Atlantyk. Brytyjczycy rozkazali więc niewielkiej eskadrze pod dowództwem admirała Chrstophera Cradocka pokrzyżować ich plany, a Defence została oddelegowana, by wspomóc go w tym zadaniu. Niestety i tym razem szczęście jej niedopisało. Gdy zawinęła do portu w Montevideo w Urugwaju, otrzymała wiadomość radiową, że admirał Cradock zginął podczas przegranej bitwy pod Koronelem. Defence w związku z tym musiała wrócić do domu z pustymi rękami.

HMS Good Hope — okręt flagowy i ostateczne miejsce spoczynku admirała Cradocka

Na kolejną okazję, by odegrać się na Niemcach, przyszło jej czekać prawie dwa lata, ale za to cóż to była za okazja! Defence wzięła udziałw największej bitwie stalowych okrętów w historii — Bitwie Jutlandzkiej. Defence pełniła rolę okrętu flagowego dla eskadry pod dowództwem admirała Roberta Arbuthnota, w skład której wchodziły jej koleżanki z czasów spotkania z Goebenem. Arbuthnot był zdeterminowany nie podzielić losu swojego poprzednika, tym razem eskadra posmakuje zemsty, albo zginie, próbując! Dlatego gdy tylko dostrzegł okręty Hochseeflotte, uciekające przed Brytyjczykami, rzucił swoje siły do szaleńczej szarży. Ten szalony bieg o mało nie zakończył się kolizją z pokiereszowanym HMS Lion, ale to nie było ważne. Black Prince została daleko w tyle, a Duke of Edinburgh musiała zmienić kurs, by zderzyć się z sojuszniczymi okrętami, ale to też nie grało roli. Defence i Warrior gnały dalej. Tym razem wróg nie ucieknie! Jesteśmy już coraz bliżej, jeszcze tylko trochę, jeszcze…
I wtedy ogień otworzyli Niemcy. Kapitan Gunther Paschen na pokładzie SMS Lützow zauważył szarżujące okręty, wydał stosowne rozkazy i po chwili dwunastocalowe armaty jego okrętu zaczęły swój koncert.

SMS Lützow

Warrior miała nieco szczęścia, gdyż HMS Warspite, która straciła kontrolę nad swoim sterem, na moment zasłoniła ją swoim ciałem i przyjęła na swój potężny pancerz część ciosów przeznaczonych dla jej mniejszej koleżanki. Warrior wycofała się z bitwy, jednak ciosy, które ją dosięgły, okazały się zbyt dotkliwe i w nocy załoga musiała ją opuścić, a ona sama już nigdy nie ujrzała wybrzeży Albionu.
Defence zaś, szczęścia nie miała wcale. Wrogie pociski dosięgły jej magazynów i zginęła w mgnieniu oka w spektakularnej eksplozji. Pozostałe niemieckie okręty nie zdążyły nawet zwrócić swoich dział w jej stronę, gdy nie pozostał już po niej choćby ślad. Defence i jej 903 członków załogi zginęło, jak powiedział Lord Fisher, „chwalebną, lecz zupełnie niepotrzebną śmiercią”.

HMS Warrior

Jego epilog można dodać, że jej pech nie zakończył się wraz z jej zagładą, a przynajmniej nie do końca. Pod koniec drugiej wojny światowej, miała powstać kolejna HMS Defence, tym razem jako lekki krążownik klasy Minotaur. Stępkę położono w 1942 roku, a zwodowana została dwa lata później. Jednak prace wykończeniowe szły bardzo powoli, wojna się w międzyczasie zakończyła, a nie ukończona Defence wylądowała w rezerwie, w niezbyt sprzyjających warunkach. Ostatecznie prace wznowiono i okręt został wcielony do służby w 1960r. Ale już nie jako Defence. W międzyczasie podjęto decyzję o zmianie imienia na Lion. Od Bitwy Jutlandzkiej w Royal Navy nie służyła już żadna HMS Defence, która mogłaby pomścić swoją pechową poprzedniczkę.

To tyle, jeśli chodzi o morskie opowieści. Teraz ta mniej ekscytująca część, czyli rozdziały:
Menhera 122-129: Reader, MD
Kradnę cukierki przyjaciółce (łanszot): Reader, MD

Jako że jest to pierwsze aktu w tym roku, piosenka może być tylko jedna. A więc napijmy się razem, za stare, dobre czasy

Do zobaczenia za dwa tygodnie (o ile tego dożyjemy)!

Nie lubię świąt.

Dzisiejsza aktualka będzie krótka i treściwa, żadnych morskich opowieści, żadnych gorzkich żalów (no nie licząc tytułu), a to wszystko przez klątwę grudniową. Dlatego ograniczę się do kilku spraw administracyjnych.

Po pierwsze, mam małą niespodziankę, w postaci gościnnego występu samego guru polskich skanlacji, człowieka, który spędził więcej lat nakurwiając rozdziały, niż niejeden z was spędził na tym łez padole. Tak, to sam Zupa przybył z żółciowych zakątków, by przetłumaczyć dla nas osiemnasty rozdział Czochrania! Dziękujemy ślicznie.

Po drugie, kolejne aktu może nie odbyć się w standardowym terminie, z racji mojego braku sił i czasu spowodowanego grudniową klątwą i faktem, że wypada nam on w drugi dzień świąt, gdzie mnie nie będzie na stanowisku pracy. Może zrobimy aktu parę dni wcześniej, może któryś z Załogantów sprawi Wam świąteczny prezent, może będzie parę dni później. Pożyjemy, zobaczymy. Niemniej, na wszelki wypadek, już teraz życzę wszystkim wesołych świąt. Może za rok uda się je w końcu odwołać.

Rozdziały, tym razem mocno masturbacyjnie:
Czochranie 17: MD, Reader
Czochranie 18 feat. Zupa: MD, Reader

I na koniec piosenka, jedyna świąteczna piosenka, której słuchanie sprawia mi przyjemność. Pewnie dlatego, że jest tak cudownie pesymistyczna

さらば

Yalu ka? Yalanai ka?

Gdy w 1866 roku admirał Tegetthoff z cesarskiej i królewskiej Marynarki wojennej pokonał potężniejszą i nowocześniejszą włoską flotę w bitwie pod Lissą, wywołał spore zamieszanie wśród ówczesnych morskich strategów. Wszyscy próbowali odpowiedzieć sobie na pytanie, jak najskuteczniej posyłać wrogie okręty na dno w tej nowej epoce silników parowych i żelaznych pancerzy. Dodatkowo wynalezienie mniej więcej w tym samym czasie przez Roberta Whiteheada pierwszej samobieżnej torpedy tylko skomplikowało sytuację. Powstały nowe klasy okrętów — od łodzi torpedowych, przez niszczyciele łodzi torpedowych (z czasem ich nazwa skróciła się do po prostu niszczycieli), aż po takie cudeńka jak krążowniki torpedowo-taranowe (zdjęcia kilku takich cudaków zamieściłem wcześniej na discordzie, wbijać się na discorda!). Wszyscy jak świat długi i szeroki chcieli przetestować swoje nowe zabawki w prawdziwej walce, by móc przekonać się, jak nowe koncepty i rozwiązania sprawdzą się w praktyce. I tu pojawił się mały problem. Żadne z mocarstw chwilowo nie paliło się do wojaczki. Sytuacja przypominała więc typowe forum internetowe — różni eksperci i „eksperci” spierali się ze sobą, ale nikt nie mógł przedstawić konkretnych dowodów swojej racji. Taki stan rzeczy utrzymywał się aż do roku 1894 roku, gdy młodziutka marynarka wojenna Japonii miała zmierzyć się z gigantem na glinianych nogach pod postacią chińskiej dynastii Qing, i stoczyć pierwszą morską bitwę od czasów Lissy – Bitwę u ujścia Yalu.

Na papierze przewaga Chińczyków była ogromna. Dwa chińskie pancerniki posiadały więcej ciężkich dział każdy, niż wszystkie ciężkie działa w całej japońskiej flocie razem wzięte. A tylko taka ciężka artyleria, po stronie japońskiej występująca w postaci dział Caneta, po jednym na każdym z trzech krążowników klasy Matsushima dawała nadzieję na penetrację grubego pancerza chińskich pancerników. Dodatkowo, jako że wojna toczyła się na Morzu Żółtym, Chińczycy mieli do dyspozycji dwie duże bazy morskie — w Weihaiwei i Port Arthur, Japończycy zaś grali na wyjeździe, z dala od własnego terytorium. To, czego jednak na papierze nie widać to ułomność taktyczna chińskiej floty. Komunikacja między okrętami była mocno ograniczona, a to dlatego, że były one wyposażone w książki sygnałowe napisane… po angielsku. Mało który z oficerów władał językiem Szekspira, dlatego taktyka ograniczała się właściwie do trzymania się w parach i podążaniu za okrętem flagowym — zupełnie jak w przedszkolu. Jakby tego było mało, korupcja w Państwie Środka była wszechobecna. I tak, przedsiębiorczy urzędnicy zdecydowali się zamienić amunicję do ciężkich dział pancerników na jej ćwiczebną wersję, zamiast prochem, wypełnioną piaskiem lub innym śmieciem. Oczywiście fakturka została wystawiona na pełnoprawną wersję, a różnica wylądowała w kieszeniach odpowiednich osób. Ech, skąd my to znamy…

Chińskie pancerniki podczas bitwy

Efekty były do przewidzenia. Szybsze i zdyscyplinowane okręty japońskie oflankowały swoich przeciwników, zasypując ich ogniem swoich szybkostrzelnych dział. Wśród Chińczyków zapanował chaos. Od samego początku trudno było im utrzymać formację, a przy pierwszym kontakcie z wrogiem ta całkowicie się rozpadła. Pozwoliło to utrzymującym ciągle szyk torowy Japończykom na koncentrację ognia na pojedynczych celach z zabójczym skutkiem. Ostatecznie pięć chińskich krążowników zostało zniszczonych, a Japończycy odnieśli niemalże całkowity sukces.

Yoshino okręt flagowy „szybkiej eskadry” która oskrzydliła chińczyków w czasie bitwy

Jakie wnioski zostały wyciągnięte po bitwie? Przede wszystkim starcie to zilustrowało przewagę szyku torowego i skoncentrowanego burtowego ostrzału. Zgodnie z tym co postulowali brytyjscy admirałowie, szyk taki, w wariancie z okrętem flagowym na czele, zapewniał największą taktyczną elastyczność, jednocześnie umożliwiając łatwe dowodzenie okrętami podczas bitwy i koncentrację ognia. Szyk czołowy, używany przez Chińczyków, okazał się być trudny w utrzymaniu, w bitewnym zamęcie okręty często traciły z oczu swój okręt flagowy, przez co zapanował chaos, skrupulatnie wykorzystany przez przeciwnika.

Kanonierka Akagi

Kwestia przewagi szybkostrzelnych dział, nad wielkokalibrowymi pozostała nierozstrzygnięta, podobnie jak kwestia przewagi prędkości nad opancerzeniem. Z jednej strony szybkostrzelne działa zebrały krwawe żniwo wśród słabo bądź wcale nieopancerzonych krążowników chińskich, a większa szybkość japońskiej floty umożliwiła osiągnięcie taktycznej przewagi. Z drugiej jednak, gruby pancerz chińskich pancerników skutecznie odpierał ogień małokalibrowych dział, a wielkokalibrowe działo Caneta, okazało się być wielce zawodne. Każde z nich oddało raptem kilka strzałów, z których żaden nie sięgną celu. Pancerniki zdawały się dowieść swej przydatności w walce, tym bardziej że słabo chroniona Matsushima odniosła poważne obrażenia i mało co nie wylądowała na dnie, po tym jak została trafiona jednym z chińskich pocisków, które akurat wypełniony był prochem, zamiast trocinami.

Jedna z chińskich ofiar bitwy — krążownik Jingyuan

Jak to zwykle w życiu bywa, uzyskanie odpowiedzi na jedne pytania, sprawiło tylko, że pojawiły się pytania następne. A naszym japońska flota znów znajdzie się w centrum zainteresowania całego świata raptem dziesięć lat później, gdy będzie podejmować kolejnego przeciwnika, tym razem z Europy. Ale o tym opowiem kiedyś indziej.

Co, jeszcze tu jesteście? Że jak? Że rozdziały? No dobra, niech stracę:
Menhera 110 – 113: MD Reader
Mieruko 16: MD Reader
A z okazji ukończenia przez nas drugiego tomiku Mieruko, jeszcze dwa bonusowe rozdzialiki
14,5: MD Reader
16,5: MD Reader

A na pożegnanie piosenka z czasów, których dotyczy aktualka, wykonana przez słitaśne anime dziołchy w niemieckich mundurach:


Ciao!

Miłość i Zdrada

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Za wami burzliwa młodość, w której więcej było upadków, niż wzlotów. Nieudane związki z partnerami, którzy chcieli jedynie was wykorzystać. Wiele kosztowało was wygryzienie sobie własnego miejsca na tym łez padole. Ale los wydaje się odwracać. Społeczeństwo zaczyna wreszcie widzieć w was równego sobie, dzięki ciężkiej pracy zdobyliście wręcz szacunek u niektórych. Do tego znaleźliście, a przynajmniej tak wam się wydaje, swoją drugą połówkę. Wasze doświadczenia nie mogłyby być bardziej różne, ale może właśnie dla tego tak świetnie się uzupełniacie i możecie być wsparciem dla siebie nawzajem. Do waszego smutnego i rozchwianego życia, po raz pierwszy od lat zawitała stabilizacja.

A jednak czegoś jakby brakowało. Proste, stabilne życie wprawia w was niepokój. W końcu wasze dotychczasowe przeżycia nauczyły was, że jeśli akurat w tej chwili nic się nie wali, to tylko znak, że już za chwilę coś runie z impetem. A może zwyczajnie uzależniliście się od tej adrenaliny, która towarzyszy codziennym, szaleńczym próbom utrzymywania swego życia w kupie. Tak czy inaczej, czujecie pustkę.

I wtedy pojawia się Ona. Znajoma z dawnych lat, wieczna buntowniczka, idąca zawsze pod prąd, nie zważając wcale na to, co znajdzie się u kresu wędrówki. Kiedyś razem z nią próbowaliście płynąć w górę strumienia, ale podczas gdy wasza wędrówka zakończyła się znalezieniem swego kąta, ona tylko popatrzyła na was wyniośle i uparcie parła dalej, na przekór rwącej wodzie. Widząc ją po tych wszystkich latach, poobijaną od ciągłej walki, ale z głową wciąż dumnie uniesioną i pełną rewolucyjnych idei, ogarnia was nagła tęsknota za dawnymi, szalonymi czasami. Postanawiacie jeszcze raz rzucić się do wody, i popłynąć w górę strumienia.

Powyższa opowieść jest alegorią sytuacji, w jakiej znalazła się Cesarska Marynarka Wojenna Japonii, w latach 80 XIXw. Od swojego założenia w 1868 r. łączyły ją bliskie związki ze swoją brytyjską odpowiedniczką. Brytyjczycy udzielali jej wsparcia podczas wojny boshin, zakończonej obaleniem szogunatu, a po zakończeniu niepokojów cesarski dekret ustanowił Royal Navy, jak wzór, według którego rozwijana będzie japońska flota wojenna. Do Japonii zaproszona została brytyjska delegacja, pod kierownictwem komandora podporucznika Archibalda Douglasa. Mieli oni za zadanie wyszkolić kadrę oficerską dla młodej marynarki i przyczynili się do zaadaptowania brytyjskich wzorców, zarówno w praktyce morskiej, jak i w kwestii umundurowania, czy nawet relacji między oficerami, a ich podwładnymi.

Sir Archibal Douglas

Dodatkowo Wielka Brytania stała się głównym źródłem nowoczesnych okrętów dla Cesarskiej Marynarki, jako że przemysł stoczniowy w Japonii nie był jeszcze wystarczająco rozwinięty, by samemu sprostać zapotrzebowaniom floty. Z Wysp Brytyjskich na Wyspy Japońskie przypłynęły fregata pancerna Fusō i korwety Kongō i Hiei, które były pierwszymi okrętami zbudowanymi za granicą specjalnie dla Japończyków (wcześniej marynarka japońska pozyskała kilka okrętów „z drugiej ręki”, jak chociażby Kōtetsu, czyli ex. CSS Stonewall, której historia jest na tyle pokręcona, że zasługuje na swoją własną aktu.) Kulminacją zaś tego okresu współpracy było pozyskanie krążowników pancernopokładowych Naniwa i Takachiho, wzorowanych, lecz przewyższających możliwościami słynne krążowniki elswickie.

Naniwa

Tę serię dobrych relacji pomiędzy obiema marynarkami przerwało pojawienie się Francuzów. Nie był to pierwszy raz, gdy Japończycy i Francuzi współpracowali ze sobą w kwestiach militarnych, podczas wojny boshin, strona francuska opowiedziała się za siłami szogunatu i kilku francuskich oficerów walczyło aż do upadku Republiki Ezo z siłami Cesarstwa. Tym, co skłoniło Japonię do ponownego nawiązania współpracy, była narodzona nad Sekwaną Jeune École (czyli Nowa Szkoła po francusku), która postulowała odejście od tradycyjnej floty, opartej na pancernikach, na rzecz floty małych i szybkich okrętów, polujących na statki handlowe przeciwnika i uzbrojonych w torpedy (relatywnie nowy wynalazek w tamtych czasach), dające im szanse w starciu z potężniejszymi na papierze okrętami. Miało to być idealne rozwiązanie dla mniejszych potęg, które nie mogły sobie pozwolić na budowę i utrzymywanie drogich pancerników. W tę kategorię idealnie wpisywała się Japonia, która nie posiadała ani środków, ani odpowiedniego przemysłu, by budować duże okręty, miała natomiast rywala, który takimi siłami dysponował. Rywalem tym były Chiny, które po porażce w wojnie z Francuzami w 1885 r. pozyskały dwa pancerniki zbudowane w niemieckich stoczniach: Dingyuan i Zhenyuan

Dingyuan i Zhenyuan w porcie w Kilonii przed wyruszeniem do Chin.

Twarzą francuskiej myśli okrętowej w tamtych czasach był Émile Bertin, jeden z najwybitniejszych inżynierów morskich swoich czasów. Na zaproszenie Cesarza Meiji przybył to Japonii, gdzie miał nadzorować dalszy rozwój Cesarskiej Marynarki. Owocem tej współpracy były, między innymi, zaprojektowane przez niego trzy krążowniki pancernopokładowe klasy Matsushima (czasem zwane też klasą Sankeikan, jako że zostały nazwane na cześć trzech najsłynniejszych japońskich miejsc widokowych — Nihon Sankei)

Louis Émile Bertin

Okręty te były jedyne w swoim rodzaju. Zaprojektowane jako okręty o wyporności około 4000 ton i prędkości maksymalnej 18 węzłów, z pokładem pancernym chroniącym wrażliwe wnętrze, nie odbiegały w tych kategoriach od przeciętnego przedstawiciela swojego gatunku. Tym, co nadawało im unikalnego wyglądu było potężne działo Caneta, kaliber 320 mm (12,6 cala), zamontowane w pojedynczej wierzy na dziobie (a w przypadku Matsushimy na rufie), którego zadaniem było przebić pancerz chińskich pancerników. Uzbrojenie uzupełniało jedenaście szybkostrzelnych dział kaliber 120 mm (4,7 cala) umieszczonych w kazamatach, po pięć na każdej z burt, plus jedno na rufie (na Matsushimie na dziobie). Ten niestandardowy układ miał pozwolić przeciwstawić się chińskim ciężkim okrętom, robiąc to przy okazji minimalnym kosztem.

Działo Caneta

Niestety, jak większość „ekonomicznych” rozwiązań w życiu, tak i to dalekie było od ideału. Opancerzenie tych okrętów pozostawiało wiele do życzenia, a wobec ciężkich dział pancerników właściwie nieistniejące. Kotły parowe nie były w stanie sprostać stawianym przed nimi wymaganiom, toteż założona prędkość maksymalna nigdy nie została osiągnięta, realnie wynosiła trochę ponad 16 węzłów. Ciężka armata, jakkolwiek potężna, była trudna w obsłudze, na czym ucierpiała szybkostrzelność. Na domiar złego, gdy skierowana w stronę którejś z burt, jej ogromny ciężar sprawiał, że okręt przechylał się, co nie tylko groziło utratą stabilności, lecz także zmniejszało maksymalny zasięg. Nie można powiedzieć jednak, że projekt okazał się być kompletną klapą. Uzbrojenie okrętu w liczne, szybkostrzelne działa, okazał się być świetną decyzją, która wpisywała się zresztą w globalny zwrot ku szybkostrzelności, czego dobitnym przykładem, będzie narodzenie się, mniej więcej w tym samym czasie pancerników przeddrednotów. Pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że przeddrednoty, to trochę Matsushima w wersji makro — relatywnie skromna główna artyleria, wsparta licznymi, szybkostrzelnymi działami.

Itsukushima

Ostatecznie francusko-japoński romans zakończył się w 1890 r. Dla wielu Jeune Ecole zbyt niesprawdzonym konceptem, by ryzykować przyszłość wschodzącej dopiero na szerokie wody Cesarskiej Marynarki Wojennej. Brytyjczycy mieli do zaoferowania zaś rozwiązania może nie rewolucyjne, ale sprawdzone. Inni nie mogli wciąż wybaczyć Francuzom ich zaangażowania po stronie obalonego szogunatu. Dlatego po kilku latach współpracy, Japończycy na powrót zwrócili się w stronę Wielkiej Brytanii, a sojusz brytyjsko-japoński trwał aż do roku 1921, gdy zakończył go „traktat czterech” zawarty podczas konferencji waszyngtońskiej.
Trójka sióstr, owoców tego romansu, została zaś przetestowana w walce już wkórtce po swoich narodzinach, biorąc udział w pierwszej wojnie chińsko-japońskiej, walcząc w bitwach u Ujścia rzeki Yalu i oblężeniu Weiheiwei. Ale o tym w następnym odcinku…

Hasidate

Że co proszę? Że wy tu przyszliście mangi czytać, a nie się o historii jakiegoś pływającego żelastwa uczyć?! Wstydzicie się! Nie ma nic piękniejszego od stalowych bestii przecinających morskie fale i spuszczających słuszny wpierdol tym, którzy stają na ich drodze. Ale dobrze, jestem łaskawym człowiekiem, oto wasza porcja rozdziałów:
Menhera 106-109 (manga bezokrętowa :/) – MD Reader
Mieruko 15 (akcja dzieje się na suchym lądzie :/) – MD Reader

I na koniec piosnka dobrze oddająca mój nastrój w ciągu tych minionych dwóch tygodni


Pa!

Helołin

Dzisiejsze aktu wypadło nam w bardzo specyficzny dzień. Halloween, czas duchów, strachów i takich tam. Calutki tydzień myślałem, jaką straszną opowieścią was dziś uraczyć. Nawet miałem pewien pomysł na opowieść z mego życia wziętą (przez to jeszcze straszniejszą), przez którą pewnie nie długo nie zaznalibyście spokojnego snu. No ale byłem dziś w pracy, zmiana była chujowa, więc postanowiłem sobie poprawić humor butelką wina. Butelki wina już nie ma. Jest za to stan upojenia alkoholowego, w którym jakoś nie kleją mi się słowa w opowieść. Dlatego nie będzie strasznej opowieści. Zresztą, codzienność jest już wystarczająco przerażająca (spójrzcie tylko na ceny na stacjach benzynowych!), więc po co się bardziej denerwować. Dam wam za to mango. Mało, bo mało, ale życie jebie mnie ostatnio w odbyt i nie mam sił robić więcej (spytajcie się Mriny ile czekała na jeden rozdział ode mnie). Także nie przedłużając:

Mieruko 14,2: Reader; MD
Czochrańsko 16 (długo nie było, bo nie mogłem rawów znaleźć, ale niech nam żyje byleco, który rawy dostarczył): Reader, MD

Ach no i znowu bym zapomniał. Starość nie radość. Mamy nowego członka załogi. Tzn. mamy go już od miesiąca z kawałkiem, ale zapomniałem oficjalnie ją zaprezentować. Panie i Panowie, prosimy o gromkie oklaski dla najlepszej żaby w okolicy: Dr. Ropuszona!!!

A na koniec, mój idol z dzieciństwa śpiewający rzewną piosnkę o Halloween

Bezsenność

Tęskniliście? Wiem, że nie, nie musicie udawać. Tak czy siak, podziękowania dla byleco, za ogarnięcie poprzedniej aktualki. Lżej mi będzie umierać, mając świadomość, że wychowałem sobie następcę, który pociągnie ten burdelik pod moją nieobecność.

A tak z innej beczki, znacie to uczucie, gdy wstajecie rano wypoczęci po dobrze przespanej nocy, pełni energii, nie mogąc się doczekać, co przyniesie ten nowy dzień? Jeśli tak, to proszę mi przypomnieć, bo ja od dwóch tygodni praktycznie nie sypiam. No i jak widać po godzinie publikacji tej akutalki, dzisiejsza noc nie jest wyjątkiem. Cóż starość nie radość bla bla bla czas se miejsce na cmentarzu rezerwować.

Niestety brak snu nie przełożył się na moją produktywność, a wręcz przeciwnie (Mrina nie bij, oddam to tłumaczenie, obiecuję), toteż z rozdziałami za bardzo nie poszaleliśmy. Wiem, że poprzednia tłusta aktualka mogła rozbudzić wasze apetyty, ale tym razem zrealizowany został tylko plan minimum. Dobra, dość owijania w bawełnę, o to rozdziały:


YRYR 19, czyli niezdrowe fantazje, niewyżytej nastolatki: Reader, MD;
Paczaj na to! Paczysz?! To Mieruko 14!: Reader, MD

No i na koniec, pora odpowiedzieć sobie na odwieczne pytanie: why don’t i miss you a lot, forever? Żegnajcie.

Wszystko, co dobre, szybko się kończy…

…na szczęście skanlacje to piekło (jeśli wierzyć Mrinie), więc Bombowiec wciąż lata i nie zamierza się, póki co, zatrzymywać! I tak już jest od roku.

Tak tak, właśnie stuknął nam roczek. Ach, cóż to był za rok! Kto by się spodziewał, że coś, co zaczęło się od pijackiej zabawy, przerodzi się w niemalże pełnoprawną grupę skanlacyjną i w tak dużym stopniu namiesza mi w życiu. Na szczęście mieszanie miało głównie pozytywny efekt, i lepiej niech tak zostanie xD

Ale, starczy mojego starczego zrzędzenia. Dzisiejsza aktu jest urodzinowa, a co za tym idzie wyjątkowo obfita. I tak mamy dziś dla was jeden rozdział opowieści o niespełnionej seksualnie artystce (i tym samym zakończyliśmy tomik II, jeeej!), jeden rozdział o dziewczynkach, co zamiast się uczyć, opierdalają się w szkole, dwanaście rozdziałów o niepoprawnej romantyczce, i, jako piękne ukoronowanie dzisiejszej aktu, aż dwa rozdziały o dziewczęciu, co widzi trochę zbyt dużo (anime już za miesiąc, hype!).
A to tego jeszcze bonusik w postaci króciutkiego łanszocika, i starannie wyselekcjonowanego przez samego pokładowego UberDegenerata, byleco, hentajec (spokojnie, nic nazbyt zbereźnego).
Oto linki:
Czochranie 15: MD, Reader
YRYR 16: MD, Reader
Menhera 86-97: MD, Reader
Mieruko 10: MD, Reader
Mieruko 11: MD, Reader
Ciężarówką do innego świata: Reader
Magiczny Plasterek: Reader

To jeszcze nie koniec dobrych wiadomości. Jak zapewne pamiętacie, ostatnio pochowaliśmy naszego dobrego przyjaciela Szyzumika. Przyroda jednak próżni nie lubi, dlatego też na miejsca mojego nieodżałowanego misiaczka, zaprosiłem do bombowca kolejnego Miśka. I to nie jakiegoś tam zwykłego miśka! Panie i Panowie, z dumą ogłaszam, że szeregi Załogantów z dniem dzisiejszym zasiliła jedyna w swym rodzaju ArcyMisiek!!! Nie ukrywam, negocjacje były trudne, musiałem poświęcić pewne części ciała, jak również Kozę, by ją do współpracy przekonać, ale szczęśliwie Załoga wzbogaciła się o nowego korektora.

No i na zakończenie jeszcze piosenka, która dobrze podsumowuje miniony rok:

Mema nie ma…

…wystarczy, że moje życie jest jednym wielkim memem

Czochrańsko 14: MD Reader
YuruYuri 14♥: MD Reader

Chcesz by i twoje życie nabrało memicznego posmaku? Dołącz do nas już dziś! Wbijaj na discorda (link w menu strony, niech jego znalezienie będzie pierwszym testem), i pisz do mnie, to jest do Kastratore#9197 (znaleźć mnie najłatwiej na kanale ze zwyrolstwami).

Zrobiłem sobie za słodką kawę 🙁

A i jeszcze piosenka, dziś będzie o życiu w dziurze, i o tym, że nie ma z niej ucieczki: