Umarłem

Ale niestety żyję już znowu. Człowiek nawet sobie spokojnie umrzeć w dzisiejszych czasach nie może! A to wszystko wina Zupy! Bo widzicie, ja sobie leżę spokojnie, nie żywy, nie wadząc nikomu, aż tu nagle wpada Zupa i drze japę
-Kastrat! Wstawaj kurwa! Mam fajną mangę!
-I tylko dlatego przerywasz mój błogi niebyt?
-Bo ja będę robił tę mangę! Wiesz, na Żółci!
-I?
-I samemu mi się nie chce! Więc mam propozycję dla ciebie! Zrobimy na spółę, pół ja, pół Bombowiec? Zyskami oczywiście dzielimy się fifty-fifty!

Jak sami widzicie, nie mogłem oprzeć się tak lukratywnej ofercie. I tak oto jesteśmy, gdzie jesteśmy. Bombowiec wyjechał z garażu, ciut zakurzony, ale jeszcze lata. I właśnie zrzuca na was ładunek nowych rozdziałów: raz alkohol, raz brudne skarpetki! Smacznego!

Alkohol 8: MD Reader
O kurwa! To degeneratka! 2: MD Reader

Pierwszy rozdział degeneratki znajdziecie na MangaDexie, a także na stronie naszych super ziomków z zolc.tk! Za jakiś czas wrzucę go też do nas.

Acha, chwilowo musiałem wyłączyć komentarze na stronie, bo zalewa nas spam. Jak coś wymyślę, to wrócą, a póki co zapraszam komentować na discordzie (adresik macie tam na pasku u góry, wierzę w Was, na bank traficie!).

Kantai Kessen — Bitwa w zatoce Leyte cz. 1

„Bitwa w zatoce Leyte” – pod taką nazwą przyjęło się opisywać bitwę, jaką stoczyły ze sobą US Navy i 大日本帝国海軍 (Dainippon Teikoku Kaigun — Cesarska Marynarka Wojenna Wielkiej Japonii) między 23 a 26 października roku pańskiego 1944. Ciężko wskazać, dlaczego akurat na taką nazwę się zdecydowano, zważywszy, że nie była to ani pojedyncza bitwa, w takim sensie, jak to sobie zazwyczaj wyobrażamy, a cztery duże starcia (plus kilka wydarzeń pobocznych), rozgrywające się w ciągu czterech dni, do tego oddalone od siebie o setki kilometrów. A co najciekawsze, żadna z tych potyczek nie odbyła się w samej zatoce, od której cała bitwa wzięła swą nazwę…
Bardziej precyzyjnym określeniem, byłoby chyba „Operacja wokół Zatoki Leyte”, jako że faktycznie to miejsce we wschodniej części Filipin, było centralnym punktem, na którym koncentrowały się japońskie plany tej operacji. A zgrupowanie wszystkich mniejszych starć w jedno pozwala zaliczyć tę bitwę do jednej z największych (zależnie od przyjętego kryterium największej) bitew morskich w dziejach. Jakby na nie nie spojrzeć, te wydarzenia z końca października 1944 roku, miały niezwykle doniosły charakter, pod wieloma względami. Była to morska operacja o skali do tej pory niespotykanej, był to też moment wyznaczający de facto kres Cesarskiej Marynarki Wojennej. Był to wreszcie również ostatni akt pewnej epoki, chociaż wtedy mogło nie wydawać się to jeszcze tak oczywiste. 25 października 1944 roku dwie formacje pancerników po raz ostatni stanęły naprzeciw siebie i stoczyły artyleryjską bitwę, kończąc erę, której początków można szukać w czasach, gdy na siedmiu oceanach królowały potężne maszty żaglowców.

Duma japońskiej floty — pancernik Yamato

Każda sztuka ma jednak swój prolog. Zanim osiągniemy punkt kulminacyjny tej opowieści, wypadałoby przyjrzeć się, jak doszło do tego, że to wody na wschodnim krańcu Filipin były świadkami tych zdarzeń.
Za amerykańskiego punktu widzenia zwycięstwo w bitwie na Morzu Filipińskim w czerwcu 1944 roku otworzyło drogę wprost do macierzystych wysp Japonii. I to nie jedną, a kilka. Pozostawało więc pytanie, którą z nich obrać. Głównodowodzący całą US Navy admirał King, jak i odpowiedzialny za teatr pacyficzny admirał Nimitz preferowali plan inwazji na Formozę (Tajwan), z pominięciem Filipin. Wyspa ta leży bliżej Wysp Japońskich i byłaby doskonałym punktem wypadowym do inwazji na Chiny, gdyby zdecydowano się na taki obrót akcji. Nie bez znaczenia była też trwająca ofensywa japońska w Chinach w ramach operacji Ichi-gō, która zagrażała lotniskom, z których startowały amerykańskie B-29 bazujące w Chinach, oraz coraz bardziej napięte relacje między rządem Stanów Zjednoczonych a Kuomintangiem Czag Kaj-szeka, który z chwilą, gdy klęska Japonii na Pacyfiku wydawała się już nieunikniona, skupiał się bardziej na przygotowaniu do wojny z komunistami, niż na odparciu okupanta, wciąż jeszcze mocno w Chinach osadzonego.
Planom inwazji na Formozę sprzeciwią się generał MacArthur, uważający, że odbicie Filipin jest niezbędnym krokiem na drodze do ostatecznego zwycięstwa. MacArthur jest postacią mocno kontrowersyjną. Był dowódcą amerykańskich sił na Filipinach w chwili wybuchu wojny. Inwazja Japończyków zastała go nieprzygotowanego, brak zdecydowania wprowadził chaos w pierwszych chwilach od ataku. Ostatecznie Filipiny upadły po dwóch miesiącach, a sam MacArthur wraz z rodziną i garstką oficerów jego sztabu został ewakuowany z wysp, pozostawiając swoich żołnierzy na łasce Japończyków. Z oczywistych względów przysporzyło mu to wielu wrogów w ojczyźnie i pogardę wśród wrogów. Amerykanie desperacko potrzebowali jednak w tym czasie bohaterów, a MacArthur wiedział, jak ważny jest dobry PR i potrafił z niego korzystać. Po wylądowaniu w Australii w słynnym przemówieniu ogłosił, że powróci na Filipiny, a w czasie wojny dzięki niezwykle sprawnemu zapleczu prasowemu i bliskich relacjach z dziennikarzami wypromował się na bohatera w oczach amerykańskiej opinii publicznej. Chęć dotrzymania danej dwa lata wcześniej obietnicy przeważała nad strategicznymi względami przy jego uporze co do wyboru Filipin, jako następnego celu dla amerykańskich (a właściwie alianckich, nie zapominajmy o Australijczykach, Nowozelandczykach, Holendrach i innych biorących udział w wojnie na Pacyfiku) sił. Ostatecznie udało mu się postawić na swoim, a gdy pierwsi amerykańscy żołnierze 20 października 1944 wylądowali na Leyte, MacArthur, w niemalże perfekcyjnie wyreżyserowanej scenie, nie zważając na to, że plaża wciąż pozostawała w zasięgu japońskich moździerzy i snajperów, zszedł na ląd, by wszem wobec ogłosić „powróciłem”.

MacArthur ląduje na Leyte

Po stronie japońskiej sytuacja prezentowała się dramatycznie. Wspominana wcześniej bitwa na Morzu Filipińskim zakończyła się klęską. Największym problemem nie była nawet utrata trzech lotniskowców (w tym najnowszego — Taihō — który do służby wszedł raptem kilka miesięcy wcześniej). Japonia wciąż miała jeszcze okręty zdolne do służby, a do tego kolejnych kilka lotniskowców (klasy Unryū) było świeżo ukończonych lub na ukończeniu. Większym problemem była utrata dużej liczby samolotów, a najpoważniejszym utrata lotników. Japoński system szkolenia nie był w stanie na czas wyprodukować dostatecznej liczny pilotów, których umiejętności pozwalałyby na walkę z ich amerykańskimi odpowiednikami. „Wielkie polowanie na indyki” na Morzu Filipińskim było w mniejszym stopniu efektem amerykańskiej przewagi technologicznej, co skutkiem utraty doświadczonej kadry, która od bitwy pod Midway wykrwawiała się, w tempie którego nie sposób było zatamować. Oznaczało to, że niegdyś siejące postrach japońskie lotniskowce pozbawione zostały wszelkiej wartości bojowej, przynajmniej do czasu uzupełnienia braków kadrowych. Amerykanie nie zamierzali jednak czekać tak długo.


Japoński plan na wojnę z Ameryką, od strony morskiej przynajmniej, od samego początku opierał się na koncepcie „decydującego starcia” – kantai kessen. Zakładał on wciągnięcie wrogiej floty głęboko na własne wody, wykrwawiając ją po drodze w mniejszych starciach o rozsiane na Pacyfiku przyczółki, zachowując jednocześnie trzon swoich sił w odwodzie. A to wszystko po to, by tak zmęczonego przeciwnika rozbić jednym uderzeniem, wykorzystując do tego przewagę własnego terenu. Plan ten, stworzony bazując na doświadczeniach z wojny rosyjsko-japońskiej i bitwy pod Cuszimą, upadał jednak w przypadku utraty kontroli na Filipinami. Przewaga, jaką dawały przyjazne wody, przestałaby istnieć. Szlak morski z rafinerii na Sumatrze mógł zostać przerwany, co groziło unieruchomieniem floty w portach. Do tego w toku wojny to Cesarska Marynarka Wojenna ponosiła straty, wykrwawiała się, których nie mogła na czas zastąpić. US Navy zaś z każdym miesiącem rosła w siłę. W odpowiedzi na ruch Amerykanów przygotowano więc plan ogromnej operacji morskiej, angażującej większość pozostałych japońskich sił, jak również większość dostępnych rezerw paliwa.

Zuikaku, Wakatsuki i Akizuki podczas bitwy na Morzu Filipińskim

Plan zakładał podział sił japońskich na trzy zespoły. Od północy nadejść miały lotniskowce pod dowództwem wiceadmirała Jisaburō Ozawy. Doskonale zdawano sobie sprawę z opłakanego stanu lotnictwa pokładowego i jego niewielkiej wartości bojowej, dlatego miał pełnić on rolę przynęty, która odciągnie główne amerykańskie siły osłaniające flotę inwazyjną. Nikt nie zakładał, że okręty te wrócą do bazy, ale ich poświęcenie miało być ofiarą gwarantującą ostateczne zwycięstwo. W skład tego zespołu wchodziły 4 lotniskowce — Zuikaku (ostatni lotniskowiec floty i ostatni weteran ataku na Pearl Harbor), Zuihō, Chitose i Chiyoda, w eskorcie trzech lekkich krążowników i ośmiu niszczycieli.

Zuikaku


Z Brunei wyruszyć miały zespoły wiceadmirałów Kurity i Nishimury. Ten drugi ruszył na czele starych pancerników Yamashiro i Fusō (okręty te już przed wojną były uznawane za przestarzałe i oddelegowane były do drugorzędnych zadań), ciężkiego krążownika Mogami i czterech niszczycieli. Miał on przepłynąć przez cieśninę Surigao i zaatakować od południa.

Yamashiro, Fusō i Haruna


Największym zespołem dowodził wiceadmirał Takeo Kurita. Trzy pancerniki — Yamato, Musashi i Nagato, dwa krążowniki liniowe (przez Japończyków klasyfikowane jednak jako pancerniki) — Kongō i Haruna, dziesięć ciężkich krążowników — Takao, Atago, Chōkai, Maya, Myōko, Suzuya, Kumano, Haguro, Chikuma i Tone, wraz z eskortą dwóch lekkich krążowników (Yahagi i Noshiro) i piętnastu niszczycieli, miała poprzez cieśninę San Bernardino opłynąć wyspę Samar i od północy zaatakować flotę inwazyjną, razem z Nishimurą biorąc ją w kleszcze.

Nagato


W ostatniej chwili zdecydowano, by bazujący na Peskadorach, niedaleko Formozy, zespół wiceadmirały Shimy, z dwoma ciężkimi krążownikami (Nashi i Ashigara), jednym lekkim (Abukuma), i czterema niszczycielami, który początkowo miał połączyć się z siłami Ozawy, dołączył do zespołu Nishimury i wspólnie z nim zaatakował od południa. Tak więc ostatecznie cały plan zakładał skoordynowane uderzenie czterech zespołów. Koordynacja była kluczowa dla powodzenia planu, co był ogromnie optymistycznym założeniem, zważywszy na to, że punkty startowe poszczególnych zespołów dzieliło jakieś 4000 kilometrów.

Ashigara


Nie mniej plan wcielono w życie. 20 października z japońskiego Morza Wewnętrznego wyruszył zespół Ozawy, rankiem 22 października kotwicę podniósł zespół Kurity, a kilka godzin później w drogę ruszyły okręty Nishimury. Tego samego dnia bazę opuścił też zespół Shimy. Bitwa w zatoce Leyte miała już wkrótce się rozpocząć.

Mapa googla z japońskim planem bitwy

No to się rozpisałem, a to dopiero część pierwsza! Wiem, że 99% procent z was jest tu tylko dla rozdziałów, więc nie przedłużam:
Leniwie Naprzód! 6: MD Reader
Alkohol 7: MD Reader

I jeszcze tradycyjnie muzyczne zakończenie:

Na szczęście, na zdrowie, na ten nowy roczek…

…niechaj wam urośnie i dupka i krocze! Czy jakoś tak. Z okazji nowego roku tradycyjnie życzę Wam i sobie, by ten nadchodzący był nieco mniej chujowy niż ten miniony. Powiedzmy sobie to jednak szczerze, życzenia rzadko się spełniają. Dlatego też, aby nieco osłodzić wam tę smutną egzystencję, mamy dla was dwa nowe rozdzialiki. Jest noworoczna Menhera, jest też piękny hentaiec, coby się rozpalić troszku w ten chłodne, zimowe dni.

MangaDex chwilowo padł, więc póki co rozdziały ekskluzywnie tylko na Załodze Bombowca (jak MD wróci to dorzucimy i tam, spokojna głowa)!
Menhera 146 Reader MD
Chainsaw Man — Obrzezanie piłą mechaniczną (+18!) Reader MD

Na koniec jeszcze na szybko — kto nie oglądał Bocchi the Rock ten kiep! Proszę obejrzeć!


Hoł, hoł, hoł.

Byliście grzeczni? Nie? No i fantastycznie! W Załodze doceniamy niegrzecznych chłopców i dziewczynki, dlatego też z okazji świąt mamy dla was w nagrodę porcję świątecznych rozdziałów! Będzie świąteczna Menhera i jej miłosne rozterki oraz roznegliżowane panienki z Czochrania (tym razem z lekkim, liliowym podtekstem, jeśli wiecie, o czym ja mówię…).

Menhera 142-145: MD Reader
Czochranie 28: MD Reader

W imieniu swoim, jak i całej Załogi, życzę wam Wesołych Świąt bla bla bla i nawzajem. Nie udławcie się karpiem!

Pamiętajcie o orzechach

Nie mam czasu na aktualki! Trzeba usuwać Kebaby z rubieży, Szwedom zrobić odwrócony potop, a Moskali zesłać na Syberię! Nie przedłużając — rozdziały:

Czochranie 27: Reader MD
YRYR 22,2 (przyznać się, już o tym całkiem zapomnieliście, co?): Reader MD

A poza tym to Bocchi the Rock to zajebiste anime, macie oglądać!

Nie zapominajcie bronić się przed NNN!

MUSIC!

Zamorskie podstępy część druga

Od czasów upadku żelaznej kurtyny i otwarciu się naszego kraju na świat zachodni, możemy zaobserwować prawdziwą fascynację wszystkim, co do nas stamtąd przychodzi. Jest to w pewnym stopniu zrozumiałe, w końcu zachodnia, a właściwie należałoby rzec amerykańska kultura, była czymś, co przeciętny obywatel mógł sobie co najwyżej liznąć przez szybę Pewexu. I o ile ciężko się nie zgodzić, że wiele wytworów tego świata jest wartościowych, to jednak wpadliśmy w pewien rodzaju szał pochłaniania wszystkiego z metką „Made in USA”, nie zwracając uwagi, jakie wartości próbuje się nam przemycić przy okazji. A bywają one absolutnie destruktywne.

Tak moi drodzy, znowu nastał ten czas w roku, w którym bombardowani jesteśmy zaproszeniami do z pozoru niewinnej zabawy. Niektórzy przekonują nas wręcz, że to dla „samorozwoju” i „poznania własnych możliwości”. Nie dajcie się zwieść! Ta pogańska praktyka prowadzi nie do rozwoju, a do destrukcji. Nie poznacie niczego, poza cierpieniem i mentalnym wypaczeniem. Musicie zdać sobie sprawę, że za tym zwyczajem nie stoi nic innego, jak podła chęć wzbogacenia się na waszym cierpieniu! To zachęta do niekontrolowanej konsumpcji, do zagłuszania pustki duchowej materialnymi dobrami. Pustki, którą wywołali ci, zachęcający to udziało w tej „zabawie”! Ci sami, których produkty będziecie kupować, by pustkę wypełnić. Tylko sam Szatan mógłby wpaść na bardziej złowieszczy plan.

My w Załodze Bombowca od samego początku za nasz cel postanowiliśmy sobie krzewienie dobrych, tradycyjnych wartości. Dobro naszych czytelników jest naszym najwyższym priorytetem. Mając owo dobro na uwadze, nie boimy się głośno wyrażać naszych opinii, nawet jeśli stoją w sprzeczności z tak zwaną „poprawnością polityczną” Dlatego też potępiamy wszystkich promujących ten nowy, destruktywny zwyczaj. Dlatego też nasze stanowisko może być tylko jedno:
Załoga Bombowca stoi w opozycji do No Nut November!

Pokażmy wszystkim, co znaczą prawdziwe wartości. Z uśmiechem na ustach, każdego dnia weźmy nasze sprawy w nasze ręce! Pamiętajcie — miłość zaczyna się od miłości do samego siebie! Ja już dziś wyraziłem swoją miłość.
A ty?

A jak już dobrze się ukochacie, to możecie zasiąść do czytania dzisiejszych rozdziałów (wiem, mało tego, ale byliśmy zbyt zajęci automiłością):
Menhera 138-141: MD Reader
Leniwie Naprzód 4: MD Reader

A jak już skończycie czytać, możecie sobie posłuchać trochę dobrej, chrześcijańskiej muzyki

Zerstörer

Jeśli twoim marzeniem było zostać kapitanem niszczyciela, a przy tym przyszło ci żyć w Republice Weimarskiej, tuż po zakończeniu I wojny światowej, perspektywy nie malowały się zbyt różowo. Traktat Wersalski wykastrował bowiem możliwości niemieckiej floty, nie tylko pozbawiając ją wszystkich niemalże (nie licząc dwóch przeddrednotów, tak starych, że przez wygranych uznane zostały za nie warte zawracania sobie nimi głowy) okrętów liniowych, narzucając kategorycznego bana na wszelkie podwodne przygody, ale też mocno ograniczając jej flotę niszczycieli. Traktat pozwalał Niemcom na utrzymywanie zaledwie 12 okrętów tej klasy, i to mocno przestarzałych, niepasujących nijak do nowych realiów. Co prawda z czasem ten limit zwiększono do 16, a po 15 latach Reichsmarine miała możliwość zastąpienia starych jednostek nowymi, jednak narzucony limit wyporności 800 t był śmieszny, w sytuacji, gdy inne państwa budowały okręty często ponad dwukrotnie cięższe. Na przykład japońska Fubuki, która do służby weszła, gdy pierwszym starym niemieckim okrętom stuknęło owe ustawowe 15 lat, a która wyznaczała nowe standardy w sztuce budowy niszczycieli, wypierała 1750 t. Dlatego pierwsze popisy niemieckich stoczniowców na tym polu oficjalnie znane są jako Torpedowce wz. 1923 i Torpedowce wz. 1924 (te drugie zwyczajowe pieszczotliwie nazywane Raubtier-Klasse – „typ drapieżników”), jako że, chociaż spore i zdolne jak na typowe torpedowce, to jednak zdecydowanie ustępowały pola swoim większym siostrom.

Torpedowce wz. 1923

(Tutaj mała dygresja, rok w nazwie klasy, oznacza datę projektu, nie datę wejścia do służby. Oba typy weszły do służby odpowiednio w latach 1926-28 i 1928-29. To samo będzie się tyczyć klas niszczycieli, o których będziemy mówić dalej).

Na budowę pierwszego niemieckiego niszczyciela z czasów międzywojennych przyszło nam czekać do roku 1934, gdy w październiku położono stępkę pod budowę Z-1, która w późniejszym terminie dostała imię Leberecht Maas (na cześć niemieckiego oficera, poległego w bitwie koło Helgolandu w 1914 roku, pierwszej morskiej bitwie I wojny światowej). Ona i jej trzy siostry (Z2 Georg Thiele, Z3 Max Schultz oraz Z4 Richard Beitzen), oficjalnie znane jako Torpedowce wz. 1934, wyznaczyły pewien trend w niemieckiej szkole budowy niszczycieli. Były to jednostki duże, ponad 2200 t wyporności, silnie uzbrojone w pięć dział kal. 127 mm SKL45 C34 i osiem wyrzutni torped, rozwijając przy tym niezłą prędkość 36-38 węzłów. Niezłe statystyki na papierze nie oddawały jednak wielu wad, które będę zresztą towarzyszyć w różnym stopniu kolejnym klasom. Jednostki te miały ogromne problemy z dzielnością morską i stabilnością. Do tego stopnia, że 1/3 zapasu paliwa musiała być utrzymywana w zbiornikach jako balast, w przeciwnym razie okrętowi groziło dołączenie do (odradzającej się mniej więcej w tym samym czasie) floty U-Bootów. Ograniczało to zasięg okrętu do około 1500 mil morskich — odległości bardzo niewielkiej, ograniczającej strategiczne możliwości niszczyciela. Do tego zastosowane na nich wysokociśnieniowe kotły parowe, były trudne w utrzymaniu i wyjątkowo temperamentne, często uwiązując okręty w porcie, do czasu usunięcia usterki.

Z3 Max Schultz

Kolejnym klasą były Torpedowce wz, 1934A, (od Z5 do Z16), bardzo podobne to swoich poprzedniczek. Zmiany ograniczały się do próby naprawy błedów związanych z tym, jak okręt radził sobie na wzburzonych falach, co udało się tylko częściowo. Kolejna klasa, Torpedowce wz. 1936, była chyba najbardziej udaną, spośród wszystkich niemieckich eksperymentów. Nie zdecydowano się ponownie na radykalne zmiany, jeśli chodzi o uzbrojenie, czy maszynownię, ale większe rozmiary (okręty te wypierały ponad 2411 ton, co stawiało je w absolutnej czołówce, ustępując tylko niektórym francuskim potworom) i poprawiona forma kadłuba, zapewniły dobrą dzielność morską i zwiększony zasięg, utrzymując znaczne możliwości ofensywne poprzedniczek. W ramach tej klasy do służby weszły okrędy od Z17 do Z22.

Z21 Wilhelm Heidkamp

Ale jak to w życiu bywa, gdy się ma coś dobrego, to trzeba zrobić wszystko, by to spierdolić. Tak też było z kolejną klasą niemieckich niszczycieli. Torpedowce wz. 1936A do służby weszły już w trakcie wojny (dlatego też nie otrzymały własnych imion, jak poprzedniczki). Jako że ich służba rozpoczęła się po klęsce niemieckich niszczycieli pod Narvikiem, która to uchodziła za honorową porażkę, heroiczne starcie do ostatniego pocisku (i w sumie ciężko się dziwić, nie było ich winą, że na swoje drodze wpadli na prawdziwego MC tej wojny, z odpowiednio grubym pancerzem fabularnym, jakim była HMS Warspite), nowe jednostki otrzymały nazwę Narvików, przejęły też pielęgnowanie tradycji poległych w tym i innych bojach koleżanek.

Z39

Główną zmianą, która odróżniała Narviki od poprzedniczek, było główne uzbrojenia. Po testach jakie przeprowadzono na pokładzie Z-8 było wprowadzenie nowego działa — Torpedobootskannone C/36 L 48. Tym, co wyróżniało tę armatę na tle uzbrojenia innych niszczycieli, nie tylko tych niemieckich, był kaliber. Było to bowiem działo kalbiru 150 mm — rozmiar spotykany normalnie na lekkich krążownikach, nie na niszczycielach. Docelowo okręty miały być wyposażone w 5 takich armat – 3 na pojedynczych i dwie na podwójnej platformie. Niestety niemiecki przemysł nie nadążał z produkcją, więc pierwsze egzemplarze weszły do służby z 4 pojedynczymi armatami, z czasem jednak większość dostała swoje brakujące działo. Uzbrojenie torpedowe pozostało bez zmian. Silniki, po raz kolejny bardzo temperamentne i wymagające składania ciągłych ofiar do poprawnego funkcjonowania, pozwalały na osiągnięcie teoretycznej prędkości 36 węzłów. Zasięg tym razem wyniósł 2600 mil morskich — wartość lepsza niż u poprzedniczek, ale ciągle niezwalająca z nóg (dla porównania, znacznie mniejsza brytyjskie niszczyciele eskortowe klasy Hunt miały zasięg 3500 mil morskich co uznawano za wartość adekwatną jedynie do działań eskortowych na przybrzeżnych wodach, tudzież krótkich trasach). Problemy z dzielnością morską, w większości wyeliminowane u poprzedniczek, wróciły tutaj w pełnej mocy. Ciężkie działa na (relatywnie) niewielkiej jednostce nie pomagały w pokonywaniu wzburzonego morza. O ile jeszcze na jednostkach z czterema działami, można było ją uznać za znośną, to ciężki podwójny zestaw umieszczony na dziobie sprawiał, że woda zalewała pokłady nawet przy normalnie średnio uciążliwych warunkach. Przez to realna prędkość, przy warunkach nawet lekko odbiegających od idealnych, spadała to raptem 33 węzłów. Dodatkowo te problemy ze stabilnością sprawiały, że prowadzenie celnego ognia było utrudnione. Działa te teoretycznie mogły też zwalczać cele powietrzne, ale ich duży kaliber, i co za tym idzie niska szybkostrzelność, nie sprawdzały się w tej roli. Za to wszystko trzeba było zapłacić ponad 2500 t wyporności, co znów plasowało je wśród najcięższych okrętów swojej klasy.

W ramach tej klasy do służby weszło w sumie 15 okrętów, z czego część oznaczano jako pod wariant 1936A (MOB) od Mobilisierung, co oznacza okręty zamówione już po rozpoczęciu wojny.

Niemiecki program budowy niszczycieli zamykają trzy okręty należące do typu 1936B. Nauczeni doświadczeniami poprzedniczek, te jednostki zachowały ilość uzbrojenia, jednak jej kaliber wrócił do rozsądnych 127 mm. Miało to zbawienny wpływ na stabilność, jednak okręty te weszły do służby dopiero pod koniec wojny, więc nie mogły odegrać już znaczącej roli.

Na koniec warto może poświęcić parę słów motywacjach, którymi kierowała się Kriegsmarine, przy wyborze akurat takich jednostek. Ich niszczyciele od samego początku były większe od przeciętnych i silniej (przynajmniej na papierze) uzbrojone, czego kulminacje zobaczyliśmy w przypadku Narvików. Wynika to z dwóch elementów. Pierwszym, będą poczynania Francuzów, którzy w tym czasie sami budowali wielkie niszczyciele, mające dać im przewagę, nad flotą włoską. Oba państwa nie mogły też sobie pozwolić (z przyczyn ekonomicznych i ze względu na obowiązujące traktaty) na posiadania licznej floty, stawiano więc na mniej jednostek, ale skuteczniejszych i bardziej wielozadaniowych. Drugim powodem będzie brak doświadczenia w budowie nowoczesnych okrętów. Pozostali wielcy gracze mogli stopniowo udoskonalać swoje projekty na przestrzeni całego okresu międzywojennego. Niemiecki przemysł stoczniowy zduszony ograniczeniami Traktatu Wersalskiego, stracił ogromną większość swego zaplecza intelektualnego i sztuki budowania okrętów wojennych musiał uczyć się od nowa, a zważywszy na agresywną politykę Hitlera, musiał być to kurs mocno przyśpieszony. Stąd wzięły się takie błędy w projektach, których trudno szukać w tworach konkurencyjnych marynarek wojennych. Nie jest to problem, który dotyczył tylko Niemiec (poczekajcie na to co się zadziało w Związku Radzieckim…), zresztą zważywszy na okoliczności, niemieckie okręty można wręcz uznać za całkiem niezłe (z drobnymi wyjątkami jak chociażby Königsberg), niemniej ich możliwości nie są adekwatne do rozmiarów i kosztów.

Dość gadania — rozdziały! Cieszcie się i radujcie, po długiej przerwie wraca Czochranie!
Leniwie Naprzód 2: MD Reader
Czochranie 26: MD Reader

To tyle na dziś, widzimy się kiedyś tam. Pa.