蘇り其の弐

Lato chyli się ku końcowi, wakacje są już przeszłością, dzieciaczki wróciły do szkół, a Bombowiec po długiej przerwie został wyciągnięty z hangaru.

Czy to już definitywny koniec stagnacji? Czy wrócimy teraz do regularnych akutalek? Będę z Wami brutalnie szczery. Nie wiem. Ostatnie miesiące mocno dały mi się we znaki, zdrowie psychiczne zaliczyło niewidziany od lat dół, do tego okazuje się, że zdrowie fizyczne też nie próżnowało w staczaniu się na dno. Obecnie sytuacja zdaje się być z grubsza opanowana, ale jak długo to potrwa? Życie nauczyło mnie, że każdy spokojny okres to tylko preludium do kolejnego kryzysu. Więc nie będę niczego obiecywał. Następne aktu może uda się wrzucić za dwa tygodnie, jak Pan Bóg przykazał, a może znów czeka nas dwumiesięczna przerwa. Czas pokaże. W ciągu tych dwóch miesięcy miałem momenty, w których byłem o krok od rzucenia tego wszystkiego i zamknięcia grupy. Ale jak widać, zreflektowałem poglądy.

Jak być może zauważyliście, ostatnio skupiam się na robieniu kolejnych rozdziałów „Mojej alkoholowej ucieczki od rzeczywistości”. Takiego trendu możecie się spodziewać w kolejnych tygodniach/miesiącach. Z góry przepraszam fanów innych naszych tytułów, ale mając ograniczone moce, które jestem w stanie poświęcić skanlacji, wolę skupić się na robieniu tych rzeczy, które lubię najbardziej. Tym bardziej że historia bohaterki jest mi wyjątkowo bliska, i w pewnych punktach zbieżna z moją. A jedno zdanie, które padnie w ostatnim bodajże rozdziale, trafia w sedno mojego dotychczasowego życia. Dlatego moim celem obecnie jest zakończenie prac nad tym tytułem, nawet kosztem pozostałych.

Oczywiście, Bombowiec to nie tylko ja, więc zawsze jest nadzieja, że pozostali załoganci przejmą pałeczkę po mnie, i prace nad innymi mangami ruszą nawet bez mojego udziału. Zza kulis mogę zdradzić, że pewne kroki w tym kierunku zostały już poczynione, ale ponieważ ja to nie oni, nic konkretnego obiecywać nie będę. Jak to mówią za oceanem — Stay Tuned!.

Alkohol 3 MD Reader
Alkohol 4 MD Reader

Wróciłem ostatnio znad morza, więc na koniec będzie piosenka o morskiej tematyce:

Wełniana miłość starszego marynarza Jonesa.

Nie było chyba ani jednego marynarza w całej Królewskiej Marynarce Wojennej, który cieszył się z przydziału jego okrętu do bazy morskiej w Scapa Flow. Położona na dalekich rubieżach królestwa, była miejscem zimnym, ponurym, a nade wszystko przeraźliwie nudnym. Na próżno było tu szukać wygód jak w Portsmouth, nie można było się też zachwycić egzotycznym klimatem jak w Singapurze. Największą atrakcją, jaką miała do zaoferowania ta okolica, było boisko piłkarskie, wzniesione jeszcze w czasie poprzedniej wojny na pobliskiej wysepce. Oczywiście, aby rozegrać towarzyskie spotkanie z kolegami z floty, trzeba było się wpierw nawiosłować. Aura też niezbyt sprzyjała aktywności na świeżym powietrzu, albowiem opady deszczu były przerywane jedynie okazjonalnie. Śnieżycą. Było więc zimno, mokro, ponuro i smutno. Na szczęście, nawet tu alkohol był łatwo dostępny, zarówno pod postacią racji rumu, łaskawie przyznanych przez Jego Wysokość Króla (niech nam żyje sto lat!) jak i do kupienia od miejscowej ludności, których jedyną rozrywką siłą rzeczy musiało również być picie i rozmyślanie o samobójstwie.

Starszy marynarz Jones, zawinął niedawno do tego portu na pokładzie pancernika HMS Rodney, jednak miał już serdecznie dość tego miejsca. Nigdy nie przepadał za grą w piłkę, dlatego jedyną opcją na spędzanie przepustki pozostawało topienie smutków w zdobytych mniej lub bardziej legalnymi metodami trunkach. A że miał w sobie coś z odkrywcy (właśnie dlatego wstąpił do Royal Navy, marzył o dalekich podróżach, ale póki co Orkady były najbardziej egzotycznym z miejsc, jakie odwiedził, i nie zrobiły na nim zbyt dobrego wrażenia), to czasem lubił pozwiedzać okoliczne wioski i pastwiska. Tego dnia również wyruszył na zwiady. Pogoda była jak zwykle paskudna, chociaż o dziwo akurat nie padało. Lodowata bryza smagała jego twarz i sprawiała, że mocniej owijał się w swój gruby, szorstki płaszcz. Od środka ogrzewała go jednak miłość jego monarchy, która spływała na wszystkich marynarzy pod postacią przydziałowego grogu. Oczywiście nie samą miłością żyje człowiek, więc dodatkowo wzmacniał się samogonem, kupionym u życzliwego wieśniaka.

Przechadzając się po skalistym pastwisku (Jonesowi przyszła do głowy myśl, że tutejszy inwentarz musiał żywić się kamieniami, po trawa bardzo licho porastała skaliste wysepki) zorientował się, że nie jest sam. W oddali, na niewielkim wzniesieniu stała kobieta. Gruby wełniany płaszcz, którym była szczelnie otulona, zakrywał jej wdzięki, lecz jej twarz skryta wśród gęstych, kręconych włosów, była prześliczna. W bazie służyła grupa WRENów, tj. kobiet zajmujących pomocnicze stanowiska przy marynarce. Jones pomyślał, że to pewnie jedna z nich tak jak on szukająca sensu życia w tym surowym krajobrazie. Ach! Czyli bratnia dusza! Czym prędzej podbiegł do niej i zawołał:
– Co taka piękna niewiasta robi w tak ponurym miejscu?
Nie odpowiedziała, lecz zanim płochliwie odwróciła wzrok ich spojrzenia na moment spotkały się.
Jej oczy były czarne jak toń oceanu. Wśród marynarzy od wieków krąży przekonanie, że przed utonięciem ogarnia człowieka błoga rozkosz. Jones chciał teraz utonąć. Chciał zanurzyć się w jej oczach, zanurzyć się w niej całej i nigdy już nie wypłynąć. Zbliżył się do niej, jego ręka sama wsunęła się pod jej płaszcz, jego usta szukały jej ust. Nie opierała się. W ten zimny dzień żądza rozpalała ich ciała i dali się jej ponieść.

Nie byli w stanie powiedzieć, jak długo się kochali. Czas przestał mieć dla nich znaczenie. Zapewne spędziliby cały dzień w miłosnym uścisku, gdyby wścibski przechodzień nie sprowadził ich brutalnie na ziemię.
– Oi, ty! Co ty kurwa robisz! Przestań dobierać się do mojej owcy, ty zboczeńcu popierdolony, jebańcu niewyżyty!
Owcy?
Wtedy właśnie, przemówiła do niego po raz pierwszy.
– Beeee!

I tak moi drodzy w całej Królewskiej Marynarce Wojennej narodziła się nowa tradycja. Od tej pory za każdym razem gdy brytyjski okręt spostrzegł nadpływającą HMS Rodney, z pokładu witało ją gromkie beczenie rozbawionych marynarzy.


Alkohol 1: MD Reader
Alkohol 2: MD Reader

Ex tenebris lux.

Brytyjskie niszczyciele z czasów drugiej wojny światowej są jednostkami trochę zapomnianymi, przynajmniej w świadomości przeciętnego zjadacza chleba. Przyćmione sławą swoich większych koleżanek, kto pamięta dziś o wyczynach Bulldoga, przygodach Jervisa czy heroizmie Onslowa, nie wspominając już o wielu innych okrętach, które swą wojenną karierę spędziły, osłaniając konwoje, dzięki którym Alianci mogli kontynuować walkę, nawet w najcięższych dla nich czasach. Jest to o tyle niesprawiedliwe, że załogom tych małych okrętów, nie brakowało ani odwagi, ani woli walki, szczególnie że do służby na niszczycielach kierowano kadetów cechujących się największą brawurą i agresją, oni sami zaś uważali się za swoistą elitę Royal Navy, za każdym razem starając się sprostać pokładanym w nich oczekiwaniom, często wobec przeważających sił nieprzyjaciela. Niejednokrotnie przyszło im zapłacić za to najwyższą cenę tak jak bohaterce dzisiejszej opowieści — niszczycielowi klasy G — HMS Glowworm.

Glowworm rozpoczęła swoje życie w sławnej (to tu powstała między innymi HMS Amazon — pierwszy nowoczesny brytyjski niszczyciel zbudowany po pierwszej wojnie światowej, na bazie której zbudowano większość międzywojennych brytyjskich niszczycieli.) stoczni Thorynycroft & Co. w Southampton nad kanałem La Manche. Zwodowana w 27 lipca 1935 roku, służbę rozpoczęła 22 stycznia 1936 roku. Jako członkini niszczycieli klasy G miała wyporność standardową 1375 t. zaś w pełni załadowana wypierała 1888 ton. Siłownia o mocy 34 000 KM pozwalała, w idealnych warunkach, na rozwinięcie prędkości 35 węzłów, chociaż w warunkach bardziej realistycznych maksymalna prędkość była bliższa 31,5 węzła. Jej główne uzbrojenie stanowiły 4 pojedyncze szybkostrzelne działa kal. 120 mm (4,7 cala), rozmieszczone w superpozycji (to jest jeden nad drugim) po dwa na dziobie i rufie okrętu. Obronę przeciwlotniczą stanowiły dwa zestawy poczwórnie sprzężonych wkm-ów przeciwlotniczych kal 12,7 mm (0,5 cala) produkcji Vickersa. Aby sprostać wyzwaniom rzucanym przez okręty podwodne, wyposażono ją w ASDIC (czyli brytyjski ekwiwalent, a raczej protoplasta, SONARu), wraz z dwoma miotaczami i jedną zrzutnią bomb głębinowych, których na okręcie znalazło się dwadzieścia, chociaż ilość ta wzrosła wkrótce po rozpoczęciu wojny. Tym, co odróżniało okręt o swoich sióstr, było uzbrojenie torpedowe. Na jej pokładzie zdecydowano się przetestować nowe, pięciorurowe wyrzutnie torped. I tak Glowworm mogła się pochwalić dwoma takimi zestawami, podczas gdy jej siostry miały dwa zestawy poczwórne. Nowe wyrzutnie okazały się być sukcesem, i kolejne klasy brytyjskich niszczycieli (za wyjątkiem Tribali) zbudowanych przed wojną zostały wyposażone w takie właśnie zestawy.

Wybuch wojny zastał Glowworma na wodach Morza Śródziemnego. Jako że Włochy początkowo nie kwapiły się do włączenia do wojny akwen ten pozostawał teoretycznie nieobjęty działaniami wojennymi. Dlatego też brytyjskie dowództwo już w październiku 1939 podjęło decyzję o przesunięciu części okrętów, w tym Glowworma, z tego obszaru na wody brytyjskie. Najpierw krótko pełniła służbę patrolową przeciwko niemieckim U-Bootom na obszarze Southwest Approches (obejmującym południowozachodnie wybrzeża Wielkiej Brytanii, na Morzu Celtyckim i Kanale Bristolskim), po czym przeniesiona został raz jeszcze, tym razem nad Morze Północne, gdzie miał rozegrać się ostatni akt jej służby.

5 kwietnia 1940 roku, Glowworm razem z niszczycielami Greyhound, Hero i Hyperion wyszła w morze, jako eskorta dla krążownika liniowego Renown Zespół ten miał ubezpieczać rozpoczynającą się operację o kryptonimie Wilfred, której celem było zaminowanie wód wzdłuż wybrzeży Norwegii, używanych przez Niemców do transportu rud żelaza ze szwedzkich kopalni. W tym samym czasie niemieckie okręty były już w drodze także ku norweskim wybrzeżom, transportując żołnierzy i zaopatrzenie do nadchodzącej inwazji, z czego Alianci nie zdawali sobie sprawy (chociaż spodziewali się niemieckiej reakcji. Całe preludium do kampanii norweskiej zasługuje na swój własny rozdział). 7 kwietnia zespół napotkał na swej drodze potężną burzę śnieżną. Jeden z marynarzy z Glowworma został zmieciony przez wzburzone morze z pokładu i kapitan, Gerard B. Roope, poprosił na zgodę o odłączenie się w celu odnalezienia nieszczęśnika. Warunki pogodowe były jednak fatalne i akcja poszukiwawcza zakończyła się fiaskiem. Glowworm ruszyła, by dołączyć z powrotem do swego zespołu.

Rankiem 8 kwietnia, zza gęstej mgły wyłoniły się sylwetki dwóch niszczycieli. Nie należały jednak one do eksorty Renown, nie były to okręty brytyjskie, lecz przedstawiły się jako szwedzkie. W rzeczywistości jednak były to dwa niszczyciele Kriegsmarine – Z11 Bernd von Arnim i Z18 Hans Lüdemann. Długo zresztą nie próbowały udawać neutralności i otworzyły ogień w kierunku brytyjskiego niszczyciela. Glowworm odpowiedziała ogniem. Niemieckie okręty zaczęły się wycofywać, Glowworm ruszyła za nimi, nie zdając sobie sprawy z tego, co czeka na nią we mgle.

A tam czyhał Admiral Hipper transportujący niemieckich żołnierzy mających dokonać desantu w okolicach Trondheim. Brytyjczycy zostali bowiem uprzedzeni i inwazja na Norwegię już się rozpoczęła. Admiral Hipper był ciężkim krążownikiem, ponad dziesięciokrotnie cięższym od brytyjskiego niszczyciela (wyporność standardowa 16 170 ton), uzbrojonym w 8 dział kalibru 203 mm, z opancerzeniem czyniącym go praktycznie niewrażliwym na artylerię zamontowaną na Glowwormie. Widząc, z jakim przeciwnikiem ma do czynienia, kapitan Roope nakazał postawić zaporę dymną, oraz zaatakować wroga torpedami. Wszystko to jednak było na marne. Dym nie mógł przeszkodzić nakierowywanej radarem artylerii Hippera, a jej kapitan bezbłędnie dowodził swym okrętem. Ustawił się dziobem do rywala, tak, aby stanowić jak najmniejszy cel dla torped, jedynej broni na Glowwormie, która mogła realnie zagrozić krążownikowi. Żadna nie dosięgła celu. Celu zaś dosięgła artyleria niemieckiego krążownika, czyniąc ogromne spustoszenie. Wkrótce wszystkie działa Glowworma zostały uciszone, zaś jej pokład usłany był odłamkami i ciałami brytyjskich marynarzy.

Nie widząc żadnej szansy na ocalenie, kapitan Roope zdecydował się na desperacki krok, który co prawda przypieczętował los jego okrętu, ale dawał też choćby niewielką nadzieję, na zadanie przeciwnikowi strat. Wydał rozkaz taranowania. Glowworm ruszyła do szarży, której towarzyszył przeraźliwy jęk jej syreny. Jeden z pocisków Hippera spowodował zwarcie, przez co zawodzenie rozlegało się aż do samego końca starcia. Brytyjski okręt z impetem rozbił się o kadłub Admirala Hippera, który nie miał szans na uniknięcie kolizji. Uderzenie rozdarło pancerne poszycie krążownika. Na pokład wdarło się około 500 ton wody, jednak zatonięcie Hipperowi nie groziło. Tymczasem w wyniku zderzenia Glowworm utraciła dziób, dryfowała chwilę przy Hipperze, po czym przewróciła się i zaczęła szybko tonąć w lodowatych wodach Morza Północnego. Dowodzący krążownikiem kapitan Hellmuth Heye podjął akcję ratunkową. W sumie z wody podjęto 40 rozbitków, 6 zmarło jednak już na pokładzie w wyniku odniesionych ran. 112 brytyjskich marynarzy i oficerów poszło na dno ze swoim okrętem, wśród nich znalazł się też kapitan Roope. Za swoje bohaterstwo został on pośmiertnie odznaczony Krzyżem Wiktorii, między innymi dzięki wstawiennictwu Heye, który zdał relację z jego czynów za pośrednictwem Czerwonego Krzyża.

Utrata Glowworma była swoistym preludium do całej kampanii norweskiej. W pewnym sensie nadała też tonu wydarzeniom nadchodzących miesięcy. Royal Navy i jej okręty podczas wielokrotnie miały okazję, by dowieść swej odwagi, zakrawającej czasem o brawurę. Wielokrotnie też przyszło im zapłacić za nią najwyższą cenę, a pomimo ogromnego poświęcania, cała operacja zakończyła się klęską. W sumie ciekawym zrządzeniem losu jest to, że zarówno prolog, jak i epilog tej kampanii (przynajmniej jej części rozgrywającej się na morzu) to opowieść o odwadze załóg niszczycieli — małych okrętów, którym przyszło stanąć do nierównej walki z tytanami. Walki, którą przypłaciły życiem. Ale o tym może następnym razem.

Czochranie 24: MD Reader
Czochranie 25: MD Reader
NOWOŚĆ! Moja alkoholowa ucieczka od rzeczywistości prolog: MD Reader

Następne aktu będzie, kiedy będzie. Póki co wciąż życie (chociaż głównie praca) jebie mnie w dupsko i nie bardzo mam siły na skanlacje, dlatego też dalej działamy w trybie wakacyjnym, bez sztywnego rozkładu jazdy.


Krótkie aktu pożegnalne

Biorę urlop. Tak przynajmniej do końca czerwca. Życie 3D kolejny raz zdecydowało się stanąć pomiędzy mną a skanlacjami i tym razem będę potrzebował trochę czasu, by spuścić mu odpowiedni wpierdol. Ale spokojnie, mamy XXI wiek, drony i takie tam. Bombowiec może latać nawet bez swego kapitana. Dlatego grupa nie zawiesza całkiem działalności, chociaż kolejne aktu mogą nie ukazywać się regularnie tak jak do tej pory. Przykro mi, ale musicie uzbroić się w cierpliwość. A jak chcecie wylać na kogoś swoje gorzkie żale, to polecam byleco, bo to on tu dowodzi pod moją nieobecność. Tymczasem ja wrzucam rozdziały i spadam. Adieu!

Menhera 134-137: Reader MD
Homo ogony: Reader MD

Homo-aktualka

Elden Ring

Czyli jak wydać 99% budżetu na panienki, a za resztę zakupić wódki i znaleźć kogoś kto za kilka flaszek zrobi całą grę, oczywiście jej przed pracą wypijając.

Zaczynając historię od początku, to pewnego wspaniałego popołudnia napotkałem niebieski zwiastun zagłady, prawda że uroczy?

Już wtedy słyszałem o tej strasznej katastrofie którą zapowiadał, ale byłem przekonany że mnie ona nie dotknie. Jakże się myliłem! I niech to też dla was będzie przestroga, gdyż nawet jeśliście odporni na niewieście pokusy, to ten demon nie wabi was tylko ładnymi oczętami, czy zgrabnymi cyckami, ale uaktywnia swoich dotąd ukrytych chowańców, którzy ciemnym mocą ulegając za młodu, duszę diabłu oddali i w skrytości wielkiej twych bliskich i przyjaciół udawali, ażeby cię znienacka zaatakować i do ów bezbożnego kultu przyłączyć. Dlatego jeśli ktokolwiek w twoim otoczeniu zacznie grać w Elden Ringa, albo co gorsza tą grę wychwalać, czy, o zgrozo!, innych do niej namawiać, wtedy kontakty z nim zerwij czym prędzej i módl się by wpadł w ogień wiekuisty, który tą pustą, poczłowieczą skorupę w popiół obróci, gdyż takie zachowanie jasno dowodzi iż zarówno serce, dusza jak i rozum którymi człowiek z natury jest obdarzon, już dawno w nieszczęśniku umarły, jeno ciało jako pustą formę zostawiając i prześwięte dzieło w lichą marę przemieniając, która jeno z wierzchu ku ludziom podobna, nie dość że ona sama przeklęta i żywot jej mary, to włócząc się, wbrew natury prawu, ciągle po żyjących świecie innych przeklina  i do gry namawia.

Ja sam tego świadkiem, bo żem wpierw ponętnym ciałem skuszony, a potem diabelskich chórem omaniony, żem wkroczył na złego ścieżkę i nieopacznie, zagrać w to chciałem, lecz się nie dało. Gdyż to jeno z nazwy grą jest, w praktyce zaś to bardziej tortur narzędzie, niźli coś co ma rozrywce służyć i grą w tylko w propagandzie szubrawców nazwać to można. Ów twór pomiotów szatańskich, gdyż żaden człowiek tak nikczemnych pomysłów nie zrodzi, uderza w same idee przyświecające wszystkim narodom i urąga wszelakim dobrym gier praktyką, jeszcze zanim uruchomić się raczy, gdyż modowanie tego jest jak wleczenie jaj po asfalcie, bolesne, długie, chociaż trasa krótka i nic dobrego z tego wyniknąć nie może. Miast prostego sposobu cieszącego się wsparciem zarówno potężnego stema jak i chwalebnego nexusa, są to czarcie rytuały których człowiek pojąc nie może i wspierać się programami zdobytymi w najgłębszej czeluści internetowej degeneracji, a i nawet z ich pomocą obciążone są straszną wadą, mianowicie, nie działają. A to dla pojedynczego gracza tylko przeprawa! Multi strzeżone jest licznymi urokami które całkowicie zdusić ten jakże piękny pęd miłości! A nawet jeśli któryś ze śmiałków zdoła i te pogańskie obyczaje przełamać to i tak zostanie wnet wytropiony przez ogary hadesa i za bramę wyrzucony, ot chociażby za majtek ubranie.

A konkretnie, to za te cudowne majteczki

Jednak jeśli ten pozorny zamach na kreatywność, który pod płaszczykiem zniszczenia swobody, wprowadza rzecz jeszcze gorszą, uniemożliwiając sprytnym adeptom sztuki dobroci, stworzenie na tej zepsutej kanwie nowej, wspaniałej przygody, pętając nas i skazując na wieczne męki w ów ohydnej imitacji gry, was nie zraził i bezrozumnie brnęliście w to dalej, to już na poziomie polityki prywatności oczom waszym ukazać się musiało następne bluźnierstwo. O ile dotychczasowe ich działania nie pozostawiały wątpliwości iż jako wrogowie wszelakiej wolności z pewnością nie przegapią żadne okazji ażeby komputerowemu bastionowi swobód dotkliwy cios zadać, ale tak plugawej obrazy zapewne nikt się nie spodziewał. Oni Mnie! Pecetowca! Z konsolowym plebsem zrównali! Jak oni śmią śmieć na pc’towej  wersji podpowiedzi na pady ukazywać?! Ale mniejsza z tym, tą okrutną zniewagę szło w opcjach zmienić i jako jedną z nielicznych rzeczy na dobrą drogę sprowadzić.

Ale im głębiej w las tym więcej nieoznakowanych mogił. Już kreacja postaci udowodniła że nie pracowali nad tą grą bezrozumni studenci, ani pijani żule, lecz mroczne siły we własnej osobie, gdyż jaki człowiek byłby w stanie wymyślić tak nie intuicyjny system? Tam okienka i wartości wybierało się strzałkami, a zatwierdzało ,,e”. Kto, u licha, taką bękarcią chimerę stworzył? Miast strzałek + enter, albo wads + e, czy też obu naraz, jak to robią bardziej oświeceni programiści, tak ażeby każdemu wygodnie było to oni takie potworka stworzyli, jakiego nawet w annałach ,,przeklętych monstrów informatyzacji” nie odnotowano! A to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

A tu jest wybitny suchar Gura lodowa

Wiecie jakim przyciskiem się skacze?

Tak zgadliście to ,,f”!

Tak jak fuck Elder Ring, bo przecież chyba nie oczekiwaliście że klawisz skoku będzie się w jakikolwiek sposób kojarzył ze skokiem? Ale będę szczery, to jeszcze idzie zmienić, ale wiedzie czego nie idzie? Reszty popapranych ustawień, np. możesz mieć jednocześnie kilka różnych broni i czarów, ale nie możesz ich przypisać po ludzku do cyferek, tylko po szatańsku musisz zmieniać je z przeskokiem co jeden. A ja… A ja wziąłem sobie maga, czy tam alfabetę, czy innego astrologa. I się okazało że się mana nie regeneruje, oczywiście okazało się to zaraz po tym jak całą zmarnowałem na skrzynie i sprawdzanie jak to działa, więc na pierwszego bosa, jak na maga przystało, poszedłem z pedalskim mieczykiem. Zresztą potem też z latałem jak ostatni dureń z mieczem bo było mi szkoda many. Taka logika Elden Ringa, chcesz grać magiem? To lataj jak jełop z mieczem, pewnie jakbym wziął woja to bym nic tylko deszcze meteorytów przywoływał, żeby mi się mieczyk nie stępił. Do tego oczywiście, koszmarna praca kamery, nieintuicyjne celowanie, nieznany, lecz mały zasięg czarów, zaklęcia ładują się wolno, a wrogowie biją szybko, a że każdy cios rozprasza zaklęcie więc nawet jak chciałem poczarować, to wyglądało to tak że raz czar rzucam i pół godziny spierdalam, żeby być dość daleko od nich by nie oberwać podczas rzucania zaklęć. Tak drogie dzieci, w tym badziewiu mag to sprinter z mieczem.

Podsumowując, za dawnych Sokratesa czasów, mądrość, prawość i uroda nieodzownie sobie towarzyszyły, ale podłe demony w końcu nauczyły się przybierać ładne kształty, podczas gdy rozumu i prawości po dziś dzień im brakuje, więc podziwiajcie ich piękno pn. na naszym discordzie, ale w ich gierki nie grajcie, a sama gra jest -2/10, jak wspominałem, jeśli chcecie pooglądać panienki to zapraszam na naszego discorda, a jak chcecie grać w to coś, to przyjdźcie na naszego discorda i oglądajcie śliczne niewiasty i słodkie kotki aż wam przejdzie, a jak ktoś wam poleci ów sił szatańskich wybryk, to wrzućcie go do rzeki, np. do Odry.

Homo rozdziały:
Homo cycki 1: Homo-czytnik, MD
Homo cycki 2: Homo-czytnik, MD
Tylko homo, cycki łamią regulamin szkoły: Homo-czytnik, MD
Homo gwałty: Homo-czytnik, MD
I uzupełnienie Homo-rozdziałów już dawno na stronie dostępnych, ale na MD nie wrzuconych:
One też chciały zostać wybrane: MD
Przyjaciele na zawsze: MD
I jeszcze raz zapraszam na discorda

Idę do pracy…

…dlatego dzisiejsze aktu będzie krótkie. Pochwalę się tylko, że dołączyło do grupy dwóch nowych członków! Terroskoti w roli edytora (chociaż jego pracę mogliście podziwiać już dwa tygodnie temu, ale ja oczywiście zapomniałem o nim wspomnieć) oraz mateusz-kefir w roli tłumacza (jego dzieło zobaczycie dopiero za dwa tygodnie, bo discord uporczywie nie pozwala pobrać mi załącznika do type :/). I chociaż jakiś czas temu straciliśmy w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach korektorkę, to jednak stan osobowy załogi wciąż się powiększa. Gratuluję odwagi, chłopaki!

A tak poza tym, to dziś macie dzień czochrania. Bo wjeżdża dziś w aktu czochranie. I to całe trzy rozdziały! Starczyć powinno na długą, leniwą, niedzielną sesję. No to zaczynajmy
Czochranie 21 (tym razem w wersji niewierszowanej): Reader MD
Czochranie 22: Reader MD
Czochranie 23: Reader MD

A na muzyczny deser Miku zaśpiewa wam, żebyście się nie dali zwieść dziwnej miłości (zamiast tego można sobie, dajmy na to, poczochrać!)

Oficjalne stanowisko grupy skanlacyjnej Załoga Bombowca

Moi drodzy, pora spojrzeć prawdzie w oczy. Nie możemy, jako szanująca się grupa skanlacyjna, pozostać obojętni wobec tego, co dzieje się wokół nas. Wydarzenia dzisiejszego dni, dzisiejszego poranka, sprawiły, że postanowiliśmy podjąć drastyczne kroki. Powiedzmy sobie szczerze, to wszystko przechodzi ludzkie pojęcie. Nie możemy w tej sytuacji z czystym sumieniem nakurwiać rozdziałów. Nie da się. Nie przy tym, co widzimy tuż za swoimi oknami…

KTÓRY IDIOTA ZAPOMNIAŁ UTOPIĆ MARZANNY!!!!!!!!!!!!!

No to jest po prostu skandal. Człowiek wychodzi rano styrany z pracy, a tam śnieżyca! W kwietniu!!! Już dawno powinniśmy tę wiedźmę utopić, ale jak widać, niektórzy z nas nie podchodzą odpowiedzialnie to swych wielowiekowych obowiązków! Dlatego ogłaszamy, że dopóki winni nie zostaną ukarani, a śnieg (w kwietniu!!!!) nie pójdzie się chędożyć, zawieszamy działalność! Rozumiem, że to drastyczny krok, ale najwyraźniej tylko takie są w stanie przemówić co poniektórym do rozumu.

Na pocieszenie macie super mega wypaśny rozdział czochrańska, pisany wierszem. Niech to będzie nasz protest song, albo łabędzi śpiew, albo wdowi lament, albo… albo nie wiem co!

Czochrańsko 21: Reader (w ramach protestu nie wrzucam na MD!)

Naszych prawdziwych fanów pragnę uspokoić. Tak drastyczne środki muszą przynieść efekt! Daję tak z tydzień, na może ciut więcej, zanim winni się nie ugną, a nasze żądanie zostaną spełnione. Do tej pory, trzymajcie się ciepło!

Trzy siostry

Trzy siostry — Cressy, Aboukir i Hogue rozpoczęły swój żywot w 1889 roku. Cressy i Aboukir na świat przyszły w Szkocji, nad rzeką Clyde, Hogue zaś nieco dalej na południe w angielskiej Cumbrii, u brzegów Morza Irlandzkiego. Wszystkie trzy otrzymały imiona na cześć chwalebnych zwycięstw Albionu z przeszłości. Nie bez powodu zresztą, były to pierwsze poddane brytyjskiej monarchii należące do nowej klasy krążowników. Większe i cięższe od swoich poprzedniczek mogły poszczycić się słusznej grubości pancerzem, oraz budzącymi respekt działami dużego kalibru. Wielu liczyło, że zapiszą na kartach historii nowe rozdziały, równie wspaniałe, jak noszone przez nie imiona. Życie miało jednak wobec nich inne plany…

HMS Aboukir

Długo przyszło im czekać na swoją szansę na okrycie się sławą. Pierwsza dekada ich życia upłynęła pod znakiem pokoju, a zawrotne tempo technologicznego postępu sprawiło, że bardzo szybko okręty te, chociaż gdy kładzione pod nie stępkę były rewolucyjne, stały się przestarzałe. Dlatego też, gdy wreszcie w 1914 roku wybuchła wojna, Cressy, Aboukir i Hogue zostały oddelegowane do drugorzędnej roli. Jako Siódma Eksadra Krążowników dostały zadanie patrolowania Morza Północnego, wzdłuż wybrzeża neutralnej Holandii. Nie było to zadanie najbardziej chwalebne, chociaż stanowiło część blokady morskiej, która zaciskała pętlę wokół szyi Cesarstwa Niemieckiego, a która miała ostatecznie przyczynić się do jego upadku.

W kręgach admiralicji słychać było głosy sprzeciwu, wobec wykorzystania tak przestarzałych jednostek na tym teatrze działań. Obawiano się, że będą one łatwym celem dla niemieckich ataków, tym bardziej że ich załogi złożone były z samych rezerwistów. Szybko zaczęto wobec nich używać przezwiska „Eskadra Żywych Przynęt”…

Poranek 22 września 1914 roku przywitał trzy siostry poprawą pogody. Dwa dni wcześniej, warunki na morzu zmusiły niszczyciele, towarzyszące im wcześniej podczas patrolu, do powrotu do baz, a kolejnego dnia sztorm uszkodził czwartą z sióstr — HMS Euryalus — ona też musiała przerwać misję. Tym razem warunki były jednak sprzyjające i siostry kontynuowały swój patrol, płynąc stałym kursem z prędkością dziesięciu węzłów — zużyte silniki okrętów, nie pozwalały na utrzymanie większej prędkości.

Zła pogoda nie pokrzyżowała tylko brytyjskich planów. Otto von Weddigen, wraz ze swoją U-9 dostał rozkaz zaatakowania transportowców z brytyjską armią na pokładzie, zmierzających w kierunku Flandrii. Sztorm zmusił jednak kapitana do przeczekania na dnie. Gdy wynurzył się ponownie, przez okular swego peryskopu dojrzał trzy krążowniki, powoli płynące w szyku, bez żadnej eskorty. Była 6:20 rano, gdy U-9 wystrzeliła torpedę z odległości 500 metrów, w kierunku płynącej w środku Aboukir, po czym skryła się pod powierzchnią morza.

U-9

Aboukir została trafiona w sterburtę. Jej maszynownia momentalnie została zalana przez wdzierającą się wodę, i okręt został unieruchomiony. Załoga nie zauważyła żadnej łodzi podwodnej, do tego zagrożenie z ich strony nie było jeszcze dobrze rozumiane wśród dowódctwa Royal Navy, dlatego dowodzący okrętem kapitan John Drummond był pewien, że wszedł na minę i wezwał pozostałe siostry, by przybyły mu z pomocą. Los Aboukir był już jednak przesądzony. W ciągu 25 minut od trafienia okręt przewrócił się do góry dnem i zatonął.

Ilustracja przedstawiająca zatonięcie HMS Aboukir

Hogue i Cressy ruszyły na ratunek swej umierającej siostrze. Oba okręty zatrzymały się, by spuścić szalupy dla ocalenia załogi z tonącego statku, gdy U-9 wynurzyła się ponownie. Będąc raptem 300 metrów od swej kolejnej ofiary, wypuściła dwie torpedy w kierunku Hogue. Obie dosięgły celu. Hogue dostrzegła swojego napastnika i otworzyła ogień w kierunku U-Boota, lecz daremnie. Myśliwy ponownie skrył się pod powierzchnią, a jej ofiara, śmiertelnie ranna, w ciągu dziesięciu minut podzieliła los swej siostry.

Widząc, co się stało, kapitan Johnson z Cressy, poderwał swój okręt, próbując pomścić swoje siostry ogniem artylerii lub przez staranowanie łowcy. U-9 odpowiedziała dwiema torpedami. Jedna pomknęła obok krążownika, lecz druga była celna. Okaleczona Cressy wciąż jednak była w stanie walczyć i zbliżała się do niemieckiej łodzi podwodnej. Widząc to kapitan Weddigen, zawrócił swój okręt i wystrzelił swoją ostatnią torpedę z wyrzutni znajdującej się na rufie. Trafił. Tak jak jej młodsze siostry przed nią, Cressy wywróciła się i spoczęła na morskim dnie. Była 07:55, gdy Eskadra Żywych Przynęt przestała istnieć.

Zatonięcie HMS Cressy

Holenderskie i brytyjskie cywilne okręty uratowały łącznie 837 rozbitków. 1397 marynarzy i 62 oficerów, w tym kapitan Robert Johnson z Cressy, podzieliło los swoich okrętów. U-9, pomimo obławy urządzonej przez brytyjskie niszczyciele, dotarła bezpiecznie bazy, a jej wyczyn przeszedł do historii, jako jeden z najskuteczniejszych ataków przeprowadzonych przez łódź podwodną. Jej kapitan został okrzyknięty bohaterem w ojczyźnie, jednak długo nie nacieszył się swoim statusem. Kilka miesięcy później zginął na pokładzie U-29. Jak na ironię, tamto wydarzenie również stało się sławne, albowiem jego katem została sama HMS Dreadnought w jedynym w historii udanym ataku pancernika na łódź podwodną…

No dobra, kaganek oświaty został zaniesiony, lekcja odrobiona, zasłużyliście więc, na trochę rozrywki. A aktu tym razem tłuściutka, bo aż trzy nowe rozdziały. Mamy drugi rozdział Ichiki, mamy kolejny rozdział waszego ulubionego Czochrania, a w ramach bonusu, dorzucam wam też wypasionego łanszocika (skromne 59 stron!). No to nie przedłużając:

Tsuka no Ma no Ichika 2: Reader MD
Czochrańsko 20: Reader MD
Teleportowa Rewolucja (oneshot): Reader MD

I jeszcze podkład muzyczny, na pożegnanie:


Do zobaczenia za dwa tygodnie!

Иди нахуй!

Wojna Rosji z Japonią, rozpoczęta w lutym 1904 roku, nie szła po myśli poddanych cara Mikołaja II. Podczas gdy na lądzie Japończycy zacieśniali oblężenie Port Arthur, na morzu sytuacje również nie wyglądała lepiej. Rosyjska Flota Pacyfiku została zablokowana w dwóch portach — we Władywostoku, i we wspomnianym już Port Arthur. Co prawda Japończycy nie zdołali skutecznie zaatakować rosyjskich okrętów od strony morza, to podzielona rosyjska flota nie miała dość sił, by przełamać blokadę. Sytuacja była patowa, jednak to Japończycy więcej na takim stanie rzeczy zyskiwali, jako że mogli bez przeszkód zaopatrywać drogą morską swoje wojska na lądzie.

Car Mikołaj miał jednak plan. Plan ten zakładał wysłanie okrętów z dwóch pozostałych rosyjskich flot — Bałtyckiej i Czarnomorskiej — by wspólnie z Flotą Pacyfiku przełamać blokadę, zniszczyć japońską flotę, odciąć japońskie wojska od dostaw z ojczyzny i w efekcie wygrać wojnę. Oczywiście, plan ten miał pewne słabe punkty. Po pierwsze — rosyjskie okręty musiałyby odbyć podróż niemalże dookoła świata, z czego większe i bardziej wartościowe jednostki nie mogły skorzystać ze skrótu przez Kanał Sueski, tylko musiały obrać dużo dłuższy kurs wokół Przylądka Dobrej Nadziei. To stanowiło nie lada wyzwanie, jako że Rosja nie posiadała ani własnych baz zaopatrzeniowych na trasie, ani zaprzyjaźnionych krajów, które mogłyby użyczyć swoich portów. Do tego rosyjskie okręty nie były przystosowane do tak ekstremalnych podróży, jak i do tropikalnego klimatu.
Wątpliwości budzić mógł też sam skład Drugiej Floty Pacyfiku, jak nazwano tę nowo sformowaną jednostkę. Bo o ile w jej skład weszło pięć nowiutkich pancerników klasy Borodino i kilka przyzwoitych krążowników (m.in. Aurora, którą do dziś można podziwiać w Sankt Petersburgu), to uzupełniały ją okręty mocno leciwe, lub wręcz przestarzałe, albo jachty arystokracji, na które ktoś wciągną kilka armat i z dumą kazał nazywać krążownikiem.
Jakość załogi, oraz przygotowanie okrętów też pozostawiały wiele do życzenia. Większość marynarzy nigdy wcześniej nie była na morzu, a teraz czekało ją 18 000 mil morskich wojaży. Co zaś do przygotowań… Pancernik Oriel przed wyruszeniem w drogę zdołał zatonąć w porcie. Przygotowując go na wyprawę, ktoś zdjął część poszycia okrętu, a potem ze zdziwieniem przyglądał się, jak okręt z dziurami w kadłubie nie jest w stanie utrzymać się na powierzchni wody.

Wszystkie te problemy rozwiązano w prawdziwie rosyjski sposób. Zignorowano je. I tak Druga Flota Pacyfiku wyruszyła w drogę w sile 42 okrętów stanowiących główne siły, plus parę mniejszych czy pomocniczych jednostek. Jako zwiastun udanej podróży wkrótce po tym okręt flagowy osiadł na mieliźnie, jeden z krążowników zgubił kotwicę z łańcuchem, a niszczyciel eskorty staranował jednego z pancerników.

Wbrew oczekiwaniom wszystkich racjonalnie myślących istot (i zapewne ku wielkiemu zdumieniu admirała Zinowija Rożestwieńskiego dowodzącego całą operacją) flota opuściła Morze Bałtyckie. Prawdziwa przygoda dopiero miała się zacząć. Ale wpierw admirał Rożestwieński rozkazał otworzyć ogień w kierunku jednego ze swoich własnych okrętów, który uporczywie ignorował sygnały i zdołał uszkodzić duński statek, próbujący dostarczyć flocie zaopatrzenia.

Wśród marynarzy zaczęła rodzić się histeria. Wielu było przekonanych, że są zgubieni, a japońska flota czeka tuż za rogiem, by posłać ich wszystkich na dno. Tak więc gdy to formacji zaczęła zbliżać się łódka rybacka, spanikowani marynarze zaczęli strzelać. Panikę zapewne podsycały wiadomości wysłane przez okręt naprawczy Kamczatka, który drogą radiową donosił, że został zaatakowany przez japońskie torpedowce. Za wszystkich stron. Nieprzyjacielską flotę w składzie jednej łodzi rybackiej, od niechybnej śmierci ocalił fakt, że celność dzielnych marynarzy była nieprzyzwoicie kiepska i nawet nie zdołali drasnąć nadciągających rybaków.

Strzelanie do rybaków z własnego kraju to jedno, ale czasem trzeba sobie życie urozmaicić. Dlatego gdy flota wpłynęła na wody Ławicy Dogger, postanowiła ostrzelać rybaków brytyjskich, biorąc ich oczywiście za japońskie torpedowce. Ba, tym razem nawet trafili! Rosjanom udało się zatopić jedną łódź rybacką, uszkodzić cztery kolejne, a także trafić rosyjski krążownik Dimitrij Donskoj oraz ustrzelić jednego marynarza i popa z pokładu Aurory

Brytyjczycy oczywiście nie byli zbyt zadowoleni z ataku na swoich rybaków i przez chwilę zagrozili, że dołączą do wojny po stronie Japonii i wymierzą rosyjskim okrętom karę plutonu egzekucyjnego pod postacią brytyjskiej Royal Navy. Tak się jednak nie stało, dyplomacja zwyciężyła, a waleczni Rosjanie mogli kontynuować swą epicką wędrówkę. Kamczatka co prawda starała się, jak mogła, by temu zapobiec, otwierając w międzyczasie do statków pływających pod flagami Francji, Niemiec i Szwecji. Niestety, pomimo zużycia jakiś 300 sztuk amunicji nie udało jej się zaliczyć żadnego trafienia i podróż mogła być kontynuowana. Na pożegnanie z kontynentem, podczas przystanku w marokańskim porcie Tanger, jeden z okrętów przeciął kabel telegraficzny, odcinając tym samym Europę od komunikacji z resztą świata na kilka dni.

Podróż wzdłuż zachodniego wybrzeża Afryki przebiegała bez większych incydentów, jeśli nie liczyć wszędobylskiego pyłu węglowego, przez który marynarze mieli ciągłe problemy z drogami oddechowymi, kilku nawet zmarło. Ładownie okrętów nie były przystosowane do przewożenia takiej ilość węgla, dlatego worki z nim składowano dosłownie wszędzie, przez co i pył był wszędobylski. Monotonię od czasu do czasu przerywała też Kamczatka, nadając komunikat „Czy widzicie torpedowce”

Zbliżając się do Madagaskaru, do floty dotarła wiadomość, że Port Arthur upadło, a wraz z nim na dno poszła znaczna część oryginalnej Floty Pacyfiku. Dla poprawy morale wielu marynarzy zdecydowało się przygarnąć na pokład egzotyczne zwierzątka. Na przykład krokodyla, jadowitego węża (któremu udało się zabić jednego oficera — ewidentnie był to japoński agent), kameleony, których populacja na okręcie flagowym szybko wymknęła się spod kontroli, oraz, a jakże, gadającą papugę dla admirała, która wkrótce zaczęła władać niebywałym zasobem rosyjskich przekleństw. Sytuacja na pokładzie Aurory natomiast była tak zła, że załoga bała się spać w nocy, z powodu dużej populacji drapieżnych zwierząt na pokładzie.

Oprócz zwierzaczków marynarze na pokład przenieśli też inne ciekawe rzeczy. Na przykład choroby weneryczne, które wkrótce zaczęły zbierać śmiertelne żniwo wśród załóg. Kamczatka postanowiła uczcić pamięć jednego z kamratów, oddając honorową salwę. Zapomniała tylko w tym celu użyć ślepaków, i jak na złość tym razem strzał okazał się być celny. Trafiona została Aurora. A potem się ludzie dziwią, że to właśnie ten okręt parę lat później rozpoczął Rewolucję Październikową…

W międzyczasie do floty dotarły posiłki. Tak zwana Trzecia Flota Pacyfiku, która miała wzmocnić Rożezwieńskiego składała się z okrętów właściwie muzealnych, kompletnie nieprzydatnych na polu bitwy. Admirał przez długi robił wszystko, by nie do spotkania nie doszło. W końcu jednak, u wybrzeży dzisiejszego Wietnamu, Trzecia Flota dogoniła Drugą. Rożezwieński zareagował na przybycie posiłków złożeniem rezygnacji. Car jej jednak nie przyjął, więc chcąc nie chcąc połączone floty ruszyły dalej, gdzie już niedługo miały stoczyć jedną z najważniejszych bitew morskich w historii. Ale to już opowieść na inną okazję.

Miały być morskie opowieści, no to są. A teraz będą też rozdziały:
Unverbindliche homosexuelle Beziehungen zwischen jungen Frauen 22: Reader MD

Hentai z Mieruko na pocieszenie: Reader; E-hentai 1; E-hentai 2 MD1; MD2

Poza tym, tak jak wspominałem ostatnio, z dniem dzisiejszym usuwam nasze rozdziały Mieruko w związku z nadchodzącym oficjalnym wydaniem. Pa pa.

UGM-27 Polaris były pociskami balistycznymi z ładunkiem nuklearnym przenoszonymi przez okręty podwodne amerykańskiej i brytyjskiej marynarki wojennej.